Inni goście skromnie cofnęli się, zajmując miejsca po rogach sali i pozostawiając znakomitą parę pośrodku, w pewnym odosobnieniu. Ale młodego pastora nie krępowała dostojność osób, podszedł śmiało i zajął miejsce przy najbliższym stole.

Rozmowa była w istocie czymś całkiem nowym dla uczonego. Eks-dyktator Paragwaju opowiadał o nadzwyczajnych przygodach w czterech różnych stronach świata. Książę zaopatrywał opowiadanie w komentarze, które dla człowieka myślącego były ciekawsze od samych przygód. Pastor nie wiedział, czy ma bardziej podziwiać zuchwałego bohatera tych przygód, czy wytrawnego znawcę życia, czy człowieka, który śmiało rozpowiadał o swych czynach i niebezpieczeństwach, czy też człowieka, który, jak Bóg, niczego sam nie doznał, a zdawał się wszystko wiedzieć. W rozmowie zaznaczały się ich odmienne charaktery. Dyktator był brutalny w gestach i mowie; ręka jego otwierała się, zamykała i ciężko spadała na stół, głos był szorstki i donośny. Książę zaś był wzorem łagodnej grzeczności i spokoju; najmniejszy jego ruch, najlżejsza intonacja głosu wywierała większe wrażenie niż pantomina i wykrzykniki jego towarzysza; jeżeli zaś mówił o przeżyciach osobistych, nie podkreślał ich wcale, tak że ginęły w reszcie opowiadania.

W końcu rozmowa zeszła na ostatnie kradzieże i na Diament Radży.

— Lepiej by było, gdyby diament ten spoczywał na dnie morza — zauważył książę Floryzel.

— Wasza Wysokość rozumie — odparł dyktator — że jako Vandeleur nie zgadzam się z tym życzeniem.

— Mówię ze względów moralnych — podjął książę — klejnoty tak olbrzymiej wartości powinny znaleźć się tylko w zbiorach monarchy lub w skarbcu wielkiego narodu. Oddawać je w ręce przeciętnych ludzi jest to nałożyć cenę na głowę Cnoty: i jeżeli radża Kaszgaru, książę, jak sądzę, bardzo rozumny, chciał się pomścić na Europejczykach, nie mógł tego dokonać lepiej, jak rzucając nam to jabłko niezgody. Nie ma uczciwości dość silnej, by zdołała wytrzymać tę pokusę. Ja sam, Mr. Vandeleur, który mam wiele obowiązków i własnych przywilejów, ja sam wątpię, czy mógłbym trzymać ten trujący kryształ w ręku i ocaleć! Co do pana, łowcy diamentów z zamiłowania i fachu, to sądzę, że nie ma takiej zbrodni, notowanej na liście oskarżonych, której by pan nie popełnił, przekonany jestem, że nie ma takiego przyjaciela na świecie, którego by pan nie zdradził, nie wiem, czy pan ma rodzinę, ale gdyby pan miał, oświadczam, że pan poświęciłby swe dzieci — i to wszystko po co? Nie dla bogactwa, nie dla wygód i szacunku, ale tylko po to, by nazwać swą własnością ten diament w ciągu roku czy dwóch lat, może aż do czasu, kiedy pan umrze, po to by kiedy niekiedy otworzyć kasę ogniotrwałą i spojrzeć na niego, jak się patrzy na obraz.

— To prawda — potwierdził Vandeleur — polowałem na wiele rzeczy, od kobiet i mężczyzn począwszy aż do moskitów; nurkowałem po korale; ścigałem zarówno wieloryby jak tygrysy, ale diament jest najlepszą zdobyczą. Jest piękny i cenny, tylko on może naprawdę wynagrodzić gorączkę łowów. W tej chwili, jak Wasza Wysokość zapewne przypuszcza, jestem na tropie. Mam pewny chwyt, ogromnie doświadczenie; znam każdy klejnot w kolekcji mego brata, jak owczarz zna swe owieczki, i albo umrę, albo odzyskam wszystkie kamienie aż do ostatniego.

— Sir Thomas Vandeleur będzie bardzo wdzięczny — rzekł książę.

— Nie jestem tego pewien — odparł dyktator ze śmiechem — któryś z Vandeleurów: może. Tomasz lub Jan, Piotr lub Paweł: jesteśmy wszyscy apostołami.

— Nie zrozumiałem dobrze słów pana — rzekł książę z pewnym niesmakiem.