W tej chwili portier zawiadomił pana Vandeleura, że powóz jego zajechał.
Mr. Rolles spojrzał na zegarek i zobaczył, że i on musi też iść; z przykrością tedy ruszył do wyjścia razem z łowcą diamentów; wolałby go nigdy już w życiu nie spotkać.
Ze względu na to, że studia nadwerężyły system nerwowy młodzieńca, miał zwyczaj podróżować z komfortem i na obecną podróż zamówił sobie miejsce w sleepingu.
— Będzie panu wygodnie — rzekł posługacz — w przedziale pana nie ma nikogo, a w sąsiednim jedzie tylko jeden starszy pan.
Już pociąg miał ruszyć, bilety skontrolowano, gdy Mr. Rolles ujrzał towarzysza podróży, którego kilku tragarzy instalowało w przedziale. Był to ten właśnie człowiek, z którym najmniej pragnąłby się spotkać — Jack Vandeleur, eks-dyktator.
Wagony sypialne na wielkiej linii północnej są podzielone na trzy części — w środku, między dwoma przedziałami, jest dla podróżnych trzeci przedział z umywalnią. Drzwi separowały przedziały od umywalni, ale ponieważ nie było w nich kluczy ani zasuwek, cała przestrzeń w wagonie była faktycznie wspólnym terenem.
Zbadawszy swe położenie, Mr. Rolles uczuł się bezbronny. Gdyby dyktator zechciał złożyć mu w nocy wizytę, nie pozostawałoby mu nic innego, jak ją przyjąć. Nie miał środków obrony i leżał wystawiony na atak, jakby w otwartym polu. Męczył się jak w agonii. Przypomniał sobie z wewnętrzną trwogą przechwałki swego towarzysza podróży, rzucane przez stół, i wyznanie niemoralności, które przejęło niesmakiem księcia. Przypomniał sobie, że czytał, jak niektóre osoby mają dziwny dar wyczuwania obecności drogich metalów; podobno na odległość, nawet przez ściany odgadują, że gdzieś jest złoto. Może to samo jest z diamentami? I w takim razie któż mógłby posiadać ten zmysł w wyższym stopniu od osobistości, którą otaczał nimb miana Łowcy Diamentów? Takiego człowieka należało się obawiać pod każdym względem, toteż z utęsknieniem wyglądał nadejścia dnia.
Tymczasem nie zaniedbał żadnej ostrożności, schował diament do najgłębszej kieszeni swego płaszcza i pobożnie polecił się opiece Opatrzności.
Pociąg biegł dalej szybko i równo. Prawie w połowie drogi sen zmógł trwogę, którą czuł w sercu Mr. Rolles. Opierał mu się przez pewien czas, ale sen opanowywał go coraz bardziej i wreszcie, niedaleko Yorku, wyciągnął się i zamknął oczy. I w tejże chwili świadomość opuściła go. Ostatnia myśl jego była o okropnym sąsiedzie.
Kiedy się obudził, panowała ciemność zupełna, tylko słabo migotała przysłonięta lampka. Łoskot kół i kołysanie się pociągu świadczyło, że bieg jego się nie zwolnił. Usiadł wyprostowany, przejęty strachem panicznym, bo dręczyły go ciężkie sny. Upłynęło parę chwil, zanim oprzytomniał. Kiedy położył się znowu, sen go odbiegł, leżał więc z otwartymi oczami, z mózgiem silnie podnieconym i wzrokiem utkwionym w drzwi umywalni. Nasunął filcowy pastorski kapelusz na oczy, aby je zasłonić od światła. Użył zwykłego sposobu ludzi chorych i trapionych bezsennością — liczył do tysiąca albo starał się nie myśleć, aby przywołać sen. Ale wszystko było daremne; niepokoił go tuzin różnych przyczyn od razu — stary człowiek w drugim końcu wagonu prześladował go, przybierając coraz okropniejsze kształty. Diament w kieszeni w każdej pozycji zawadzał, palił, był za duży, uwierał jego ciało, przez najkrótsze mgnienia podrywało go coś, aby go wyrzucić za okno.