Kiedy tak leżał, zaszło coś dziwnego.
Zasuwane drzwi umywalni uchyliły się trochę, potem więcej i w końcu odsunęły się na przestrzeń dwudziestu cali. Lampa w umywalni nie była przyćmiona i Mr. Rolles ujrzał w drzwiach pana Vandeleura w pozie wyrażającej głęboką uwagę. Uświadamiał sobie, że wzrok dyktatora zawisł na jego twarzy i instynkt samozachowawczy kazał mu wstrzymać oddech, zahamować najmniejsze poruszenie i ze spuszczonymi powiekami spoglądać na gościa spod rzęs. Po chwili głowa znikła i drzwi zasunięto.
Dyktator nie przyszedł, by atakować, lecz aby obserwować, wyglądał nie jak człowiek napadający, lecz jak zagrożony napaścią. Jeżeli Mr. Rolles obawiał się go, to i on ze swej strony był zaniepokojony jego obecnością. Zdawało się, że przyszedł tylko sprawdzić, czy jedyny jego towarzysz podróży śpi, a gdy znalazł go uśpionym, odszedł natychmiast.
Pastor skoczył na nogi. Od nadmiernej trwogi przeszedł do zuchwalstwa. Uprzytomnił sobie, że hałas pociągu zagłusza wszystkie inne dźwięki i postanowił oddać wizytę, którą mu złożono przed chwilą, a tam niech się stanie, co chce. Zdjął płaszcz, by nie krępował jego ruchów, wszedł do umywalni i zaczął nadsłuchiwać. Jak się spodziewał, nic nie było słychać wśród szumu mknącego pociągu; wtedy, kładąc rękę na drzwiach, odsunął je ostrożnie. Nagle stanął i nie mógł stłumić okrzyku zdumienia.
Jack Vandeleur miał na głowie futrzaną czapkę podróżną z nausznikami i ta czapka wraz z łoskotem kół nie pozwalała mu dosłyszeć, co się dzieje. Przynajmniej nie podniósł głowy i nie przerwał swego dziwnego zajęcia. Między nogami jego stało otwarte pudełko od kapelusza; w jednej ręce trzymał rękaw swego futra fokowego, w drugiej — ogromny nóż, którym rozpruwał właśnie podszewkę rękawa. Mr. Rolles słyszał o ludziach noszących pieniądze w pasie, a ponieważ nie znał innych pasów prócz tenisowych, nie wiedział, jak to się robi. Ale tu miał dziwniejszą rzecz przed oczami, bo oto Jack Vandeleur ukrywał diamenty w podszewce swego rękawa i młody duchowny widział, jak diament po diamencie, błyskając, spadał do pudełka.
Stał przykuty do miejsca, patrząc na to niezwykłe zajęcie. Diamenty były przeważnie drobne i mało różniły się od siebie formą i blaskiem. Nagle Vandeleur napotkał jakąś przeszkodę, zaczął odpruwać podszewkę obiema rękami i zgarbił się nad swą robotą. Dopiero po długich manipulacjach wydobył diamentowy diadem i oglądał go przez chwilę zanim złożył wraz z innymi klejnotami do pudełka. Diadem rozjaśnił myśli w głowie pana Rollesa; poznał natychmiast, że jest to część skarbu skradzionego Harry Hartleyowi przez włóczęgę. Nie mogło być pomyłki; tak właśnie opisywał go detektyw; były na nim gwiazdy rubinowe z wielkim szmaragdem pośrodku, przeplatające się półksiężyce i dwa gruszkowate wisiorki (każdy z całego kamienia), które nadawały szczególną wartość diademowi lady Vandeleur.
Mr. Rolles poczuł ogromną ulgę; dyktator był tak samo zamieszany, jak on i żaden z nich nie zechciałby gadać o drugim. W pierwszym uniesieniu szczęścia pastorowi wymknęło się głębokie westchnienie ulgi. A że w piersi czuł duszność, a gardło mu wyschło z emocji, zakaszlał nagle.
Mr. Vandeleur podniósł głowę; twarz jego wykrzywiła najczarniejsza, potworna pasja; wytrzeszczył oczy i poruszył dolną szczęką w zadziwieniu przechodzącym prawie w furię. Instynktownym ruchem przykrył płaszczem pudełko. Przez mgnienie oka obaj mężczyźni patrzyli na siebie w milczeniu. Była to krótka pauza, ale wystarczyła panu Rollesowi; należał on do ludzi szybko orientujących się w niebezpieczeństwie. Zdecydował się na akcję bardzo zuchwałą i chociaż czuł, że wystawia życie na hazard, pierwszy przerwał milczenie.
— Przepraszam — powiedział.
Dyktator drgnął lekko i przemówił ochryple: