— Co za polecenie otrzymał ten szanowny osobnik? — zapytał. — Przestałem mu ufać, tak jak i pani, pozwoli pani sobie powiedzieć. Gdyby miał najelementarniejsze zasady uczciwości, powinien by wzgardzić pobytem w tym domu. A za co pobiera pensję, to jest tajemnicą dla wszystkich. Cóż to za polecenie, proszę pani? I dlaczego wysyła go pani stąd tak śpiesznie?

— Przypuszczałam, że chciałeś mi powiedzieć coś ściśle osobistego — odparła lady.

— Dawałaś zlecenie — nastawał generał — nie staraj się mnie oszukać. Na pewno dawałaś mu zlecenie.

— Jeżeli pan obstaje przy tym, by mieć służbę za świadków naszych upokarzających nieporozumień — rzekła lady Vandeleur — to może poproszę pana Hartleya, by usiadł. Nie?... więc może pan iść, panie Hartley. Przypuszczam, że pan dobrze zapamiętał wszystko, co było mówione w tym pokoju. Będzie to pożyteczne dla pana.

Harry na koniec wyrwał się z salonu. Biegnąc po schodach na górę słyszał podniesiony głos generała, deklamujączego z patosem, cienkie tony lady Vandeleur, odpierającej każdy zarzut lodowatymi replikami. Podziwiał ją z całej duszy! Jak zręcznie dała wymijającą odpowiedź na indagacje! Z jaką pewną siebie bezczelnością powtarzała zlecenie pod strzałami nieprzyjaciela! A z drugiej strony — jak Harry nienawidził jej męża!

We wszystkim tym nie było nic dziwnego: spełniał on zawsze dla lady Vandeleur misje sekretne, mające związek z modniarstwem. Bezgraniczne wybryki i niewiadome zobowiązania lady dawno pochłonęły jej własną fortunę, a fortunie jej męża z dnia na dzień groziły podobną ruiną. Raz czy dwa razy do roku skandal wydawał się rzeczą nieuchronną. Harry dreptał wtedy po sklepach dostawców i płacąc małe zaliczki na poczet wielkich rachunków, zręcznie kłamiąc, zyskiwał zwłokę i lady z wiernym sekretarzem mogli swobodnie odetchnąć. Harry duszą i sercem sprzyjał tej wojnie, bo nie tylko uwielbiał lady Vandeleur i bał się jej męża, lecz także doskonale rozumiał jej umiłowanie zbytku, gdyż i jego jedyną słabostką był krawiec.

Znalazł pudełko w miejscu oznaczonym, poprawił starannie krawat i opuścił dom. Słońce świeciło jasno. Miał do przebycia daleką drogę i przypomniał sobie z przerażeniem, że nagłe wtargnięcie generała nie pozwoliło lady Vandeleur dać mu pieniędzy na dorożkę. Dzień tak duszny męczył go niepomiernie. Prócz tego chodzić po Londynie z pudełkiem w ręku było to upokorzenie nieznośne dla młodzieńca tego pokroju. Zatrzymał się i naradzał sam ze sobą. Vandeleurowie mieszkali na Eaton Place, on zaś miał się dostać w okolice Notting Hill; mógł przejść przez park, omijając ludne aleje. Podziękował Bogu, że było jeszcze dość wcześnie.

Chcąc się prędzej pozbyć dręczącej go zmory, przyśpieszył kroku, przeszedł już część Rensington Garden, gdy w odludnym miejscu wśród drzew zetknął się z generałem.

— Przepraszam, sir Thomas — rzekł Harry grzecznie, zbaczając z drogi, bo generał stał po środku ścieżki.

— Dokąd pan zdąża? — spytał generał.