— Proszę pozwolić mi dotknąć swej ręki — błagał Rolles.
— Nie — odparł książę — jeszcze nie teraz.
Ton jego odpowiedzi był dość wymowny. Rolles zatrzymał się na progu i odprowadzał wzrokiem tego człowieka dobrej rady.
Kilka godzin książę błąkał się po odludnych ulicach, nie mogąc się zdecydować, czy ma zwrócić kamień właścicielowi niegodnemu tego skarbu, czy też na zawsze usunąć go sprzed oczu ludzi. Diament trafił mu do rąk w sposób iście opatrznościowy, a kiedy podziwiał blask jego przy świetle latarni, coraz bardziej odczuwał, ile zła może rozpętać.
„Boże chroń mnie od złego — pomyślał — jeżeli częściej będę patrzył na niego, gotów jestem go zapragnąć”.
Wciąż się jeszcze wahając, książę skierował w końcu swe kroki do małego, pięknego pałacyku na brzegu Sekwany, który od lat stanowił własność rodziny królewskiej. Herb — Czech — był wyryty na bramie. Podwórze porastała murawa i piękne kwiaty. Autentyczny bocian, jedyny na cały Paryż, stał na przyczółku domu, a gromada gapiów wciąż go obserwowała. Słudzy, namaszczeni i poważni, kręcili się dokoła; od czasu do czasu otwierała się brama i powóz wjeżdżał pod sklepienie.
Rezydencja ta z wielu względów droga była sercu księcia, w niej odczuwał radość zacisza domowego, tak rzadko znaną wielkim tego świata. I tego wieczora, gdy ujrzał łagodny blask w oknach swej siedziby, poczuł niekłamane zadowolenie i ulgę.
Gdy zbliżył się do furtki, przez którą wracał zazwyczaj, z cienia wystąpił jakiś człowiek i z ukłonem zagrodził drogę księciu.
— Czy mam honor mówić z księciem Floryzelem Czeskim? — zapytał.
— Taki jest mój tytuł — odparł książę — czego pan chce ode mnie?