— Jestem detektywem — objaśnił człowiek — i mam zaszczyt wręczyć Waszej Wysokości list prefekta policji.
Książę przeczytał list przy świetle latarni. Wśród uniżonych przeprosin i czołobitnych uprzejmości zawierał prośbę, by książę zechciał udać się wraz z oddawcą niezwłocznie do prefektury.
— Krótko mówiąc — rzekł książę — jestem aresztowany.
— Prefekt był daleki od takiej intencji — odparł funkcjonariusz — zwracam uwagę Waszej Wysokości, że nie wydał rozkazu aresztowania. Jest to czysta formalność, grzeczność okazana władzom.
— A gdybym odmówił panu i nie poszedł? — zapytał książę.
— Nie ośmielę się ukryć przed Waszą Wysokością, że udzielono mi dość znacznych kompetencji — rzekł policjant z ukłonem.
— Daję słowo — zawołał książę — bezczelność wasza jest zdumiewająca! Nie mam tego za złe panu jako adiutantowi, ale naczelnicy pańscy drogo zapłacą za swą zuchwałość. Co może być przyczyną aktu tak niepolitycznego i sprzecznego z konstytucją? Zwracam uwagę, że nie wyraziłem jeszcze mej zgody i wszystko, detektywie, zależy od twej szybkiej i zręcznej odpowiedzi. Proszę pamiętać, że sprawa ta jest ważna.
— Wasza Wysokość — odparł ajent uniżenie — generał Vandeleur i brat jego ośmielili się oskarżyć Waszą Wysokość o kradzież. Oświadczają oni, że słynny diament jest w rękach Waszej Wysokości. Słowo zaprzeczenia z ust Waszej Wysokości najzupełniej zaspokoi prefekta. Posuwam się nawet dalej: jeżeli mnie, podwładnemu, zechce Wasza Wysokość złożyć swe zaprzeczenie, to natychmiast wycofam się za pozwoleniem Waszej Wysokości.
Floryzel aż do tej chwili traktował całe zajście jako komiczną przygodę, niepokoiło go tylko, że może zajść komplikacja dyplomatyczna. Na dźwięk imienia Vandeleura olśniła go prawda okrutna: był nie tylko aresztowany, był winien? Był to nie tylko przykry wypadek — zagrożony był jego honor. — Co ma uczynić? Co ma powiedzieć? Diament Radży był to zaiste kamień przeklęty, a on był jego ostatnią ofiarą.
Jedno było pewne. Nie mógł zaprzeczyć oskarżeniu. Chciał zyskać na czasie.