— Czyż nie wiesz? — zawołał. — Stary łotr miał fundusze karbonarów54 w depozycie — coś około 280 tysięcy i naturalnie przegrał to na giełdzie. Miała być rewolucja w Trydencie czy też Parmie; rewolucja nie wybuchła, a całe gniazdo os leci za Huddlestonem. Bylebyśmy tylko wyszli z życiem!
— Karbonarów! — zawołałem. — No, w takim razie niech go ręka boska broni!
— Amen! — dodał Northmour. — A teraz, patrz: mówiłem ci, że jesteśmy w położeniu bez wyjścia i, szczerze mówiąc, rad byłbym z twojej pomocy. Jeżeli nie mogę ocalić Huddlestone’a, chcę przynajmniej ocalić to dziewczę. Zostań z nami w pawilonie. Oto moja ręka, że będziemy przyjaciółmi, dopóki stary nie umrze lub się nie wywinie. Ale potem znów zostajemy rywalami i wtedy... strzeż się!
— Zgoda! — odrzekłem i uścisnęliśmy sobie dłonie.
— A teraz idźmy od razu do naszej fortecy — zaproponował Northmour i poprowadził mnie ku pawilonowi.
VI. Moje zapoznanie się z wysokim panem
Klara wpuściła mnie do pawilonu. Byłem zdziwiony, że dom był tak dobrze i mocno ufortyfikowany. Silna barykada niełatwa do zburzenia chroniła drzwi przed napaścią z zewnątrz. Okiennice jadalni, do której mnie wprowadzili, a która była słabo oświetlona lampą, zabezpieczono jeszcze kunsztowniej. Ramy były wzmocnione przez listwy położone w poprzek i na krzyż. Podtrzymywał je ze swej strony cały system wiązań i podpórek, z których jedne szły od podłogi, drugie — od sufitu, niektóre zaś opierały się aż o przeciwległą ścianę pokoju. Była to wspaniała robota ciesielska. Nie mogłem ukryć mego podziwu.
— Jestem inżynierem — rzekł Northmour. — Przypominasz sobie belki w ogrodzie? Oto są! Zużytkowałem je!
— Nie wiedziałem, że masz tyle talentów!
— Broń masz? — zapytał Northmour, pokazując szereg strzelb i karabinów, które stały w doskonałym porządku, oparte o kredens i ścianę.