— Nie rozumiesz mnie — rzekł. — Nie jestem oszustem i czuwam nad sobą. Oto wszystko. Mogę nudzić pana lub nie, panie Cassilis, mało dbam o to. Mówię dla własnej satysfakcji, a nie dla pańskiej zabawy. Możesz iść na górę i zalecać się do panienki. Co do mnie, zostaję tutaj.
— A ja też zostaję z tobą — odrzekłem. — Czyż myślisz, że ukryłbym chociaż krok jeden przed tobą nawet za twoim pozwoleniem?
— Frank — odparł z uśmiechem — szkoda, że jesteś osioł, bo masz maniery człowieka. Dziś nie możesz mnie zirytować, choćbyś chciał. Czy wiesz — ciągnął dalej łagodnie — myślę, że jesteśmy dwoma najnieszczęśliwszymi ludźmi w Anglii: ja i ty. Dobiegliśmy trzydziestki, a nie mamy dziecka ani żony, ani żadnego warsztatu pracy: biedni, godni politowania, straceńcy! A teraz ubiegamy się o dziewczynę! Jakby nie było kilku milionów dziewcząt w Zjednoczonym Królestwie! Ach, Frank, Frank, żal mi tego z nas dwóch, który przegra tę stawkę, choćbym nie ja nim był! Byłoby lepiej dla niego, jak mówi Ewangelia, aby mu uwiązano kamień młyński u szyi i rzucono go aż na dno morza64. Napijmy się — zakonkludował nagle tym samym ciężkim tonem.
Wzruszyły mnie jego słowa i zgodziłem się. Usiadł przy stole i patrzył na szklankę sherry65 pod światło...
— Jeżeli pobijesz mnie, Frank — powiedział — zacznę pić. A ty co zrobisz, jeżeli ja ciebie pobiję?
— Bóg to wie — odparłem.
— Dobrze — rzekł — a oto toast na poczekaniu: Italia irredenta!66
Reszta dnia upłynęła wśród tej samej okropnej nudy i oczekiwania. Nakryłem do stołu, a Northmour i Klara gotowali posiłek w kuchni. Przechodząc, słyszałem urywki ich rozmowy i ze zdziwieniem stwierdziłem, że obraca się prawie wyłącznie dokoła mojej osoby. Northmour mówił o wyborze męża, ale o mnie wspominał z pewnym uczuciem i nie mówił nic na moją niekorzyść, chyba że i sam się ganił jednocześnie. Uczucie wdzięczności i zdenerwowanie wzruszyły mnie do tego stopnia, że stanęły mi łzy w oczach. „Oto trzy szlachetne istoty — myślałem — mogą zginąć w obronie złodzieja bankiera”.
Zanim siedliśmy, wyjrzałem na dwór przez okno górnego piętra. Słońce zachodziło. Wydmy były puste, skrzynka stała nietknięta tam, gdzieśmy ją zostawili67.
Pan Huddlestone w żółtym szlafroku siadł przy jednym końcu stołu, Klara — przy drugim, my zaś zajęliśmy miejsca po obu stronach. Lampa paliła się jasno. Wino było dobre, mięsiwa doskonałe, chociaż przeważnie podane na zimno. Towarzystwo nasze było weselsze, niż można było oczekiwać w tych tragicznych okolicznościach. Od czasu do czasu Northmour albo ja wstawaliśmy i obchodziliśmy nasze barykady. Wtedy pan Huddlestone przypominał sobie okropną rzeczywistość, patrzył wzrokiem upiora i przez chwilę na twarzy jego malowało się przerażenie. Potem śpiesznie wychylał szklankę, ocierał czoło chustką i znowu brał udział w rozmowie.