Zdziwił mnie jego dowcip i wiedza. Był to charakter nieprzeciętny; dużo czytał i obserwował z własnej ciekawości. Miał dużo rozsądku i chociaż nie zdołałem polubić tego człowieka, zrozumiałem, dlaczego cieszył się przed swoim bankructwem powodzeniem w interesach i szacunkiem ludzi. Miał on talent towarzyski i chociaż słyszałem go raz tylko, i to w okolicznościach tak niesprzyjających, uważam go jednak za jednego z ludzi o najlepszej elokwencji68 naszych czasów.
Opowiadał nam ze smakiem i bez żadnego wstydu o łotrowskich wybiegach pewnego kupca, którego znał w młodości, a my słuchaliśmy z pewną odrazą i na pół ze śmiechem, na pół z zakłopotaniem, gdy przerwano nam obiad.
Opowiadanie pana Huddlestone’a przerwało stukanie jakby mokrego palca w szybę. Zbledliśmy wszyscy jak papier i siedzieliśmy dokoła stołu nieruchomi i oniemiali.
— Ślimak — powiedziałem — bo słyszałem, że stworzenia te wydają dźwięk podobny.
— Też mi ślimak, do czarta! — rzekł Northmour. — Słuchajcie!
Ten sam dźwięk powtórzył się dwukrotnie, z przerwami, po czym straszliwy głos wykrzyknął przez otwory żaluzji włoskie słowo — Traditore!69
Pan Huddlestone wyciągnął głowę, powieki jego zadrgały i zwalił się bez czucia na podłogę obok stołu. Northmour i ja pobiegliśmy do zbrojowni i porwaliśmy za strzelby. Klara zerwała się i chwyciła się za gardło.
Staliśmy tak w oczekiwaniu napadu. Ale upływały chwile, a nie słychać było nic prócz szumu morza.
— Prędko — rzekł Northmour — na górę, zanim tamci przyjdą!