Z trudnością zawlekliśmy na górę Bernarda Huddlestone i położyliśmy go na łóżku w „sypialni mego wuja”. Przez cały ten czas, chociaż go ciągnęliśmy i szarpaliśmy jak toboł, nie dał znaku życia i nawet gdyśmy go rzucili na łóżko, nie odzyskał przytomności. Córka rozpięła mu koszulę i zwilżyła głowę i pierś, my zaś pobiegliśmy do okien. Na dworze wciąż było pogodnie, księżyc w pełni jasno oświetlał wydmy. Ale chociaż wytężaliśmy wzrok, nie dostrzegaliśmy nikogo. Kilku ciemnych plam na nierównej przestrzeni nie można było dobrze odróżnić. Mogli to być równie dobrze wrogowie leżący na ziemi, jak i cienie.
— Dzięki Bogu — rzekł Northmour. — Agnieszka dziś nie przyjdzie.
Agnieszka była to stara niańka. Dotąd nigdy o niej nie wspominał. Zdziwiło mnie w tym człowieku, że w ogóle o niej pomyślał.
Znowu zaczęło się dręczące oczekiwanie. Northmour podszedł do kominka i wyciągnął ręce nad czerwonym żarem, jakby było mu zimno. W tej chwili z zewnątrz rozległ się słaby dźwięk; kula rozbiła szybę i utkwiła w żaluzji o dwa cale od mojej głowy. Usłyszałem krzyk Klary i chociaż natychmiast usunąłem się w bezpieczny kąt pokoju, rzuciła się za mną, dopytując, czy nie jestem ranny. Czułem, że stałbym co dzień pod strzałami, byle mieć taką troskliwość w nagrodę. Uspakajałem ją najczulszymi wyrazami i pieszczotami, w zupełnym zapomnieniu o naszym położeniu, aż głos Northmoura przywołał mnie do rzeczywistości:
— Wiatrówka — powiedział. — Oni nie chcą robić hałasu.
Odsunąłem Klarę i spojrzałem na niego. Stał odwrócony od ognia z rękami założonymi w tył, ale, spojrzawszy na jego twarz, spostrzegłem, że wrzał od tłumionej namiętności. Taki sam wyraz miał przed laty, kiedy rzucił się na mnie w tym samym domu, w sąsiednim pokoju. Mimo że pojmowałem jego gniew, zadrżałem na myśl o tym, co stać się może. Patrzył prosto przed siebie, ale widział nas i wściekłość jego wzrastała jak szał wichru. Groziła nam walka na zewnątrz — a ten spór wewnętrzny, który mógł wybuchnąć, przerażał mnie.
Nagle, gdy byłem przygotowany na najgorsze, ujrzałem zmianę na jego twarzy, błysk jakiś, wyraz ulgi. Wziął lampę ze stołu i zwrócił się ku nam silnie podniecony.
— Trzeba wyjaśnić — powiedział — czy oni chcą zamordować nas wszystkich, czy tylko Huddlestone’a. Czy oni ciebie wzięli za niego, czy też strzelali do ciebie tylko dla twych pięknych oczu?
— Na pewno wzięli mnie za niego — odparłem. — Jestem prawie równego z nim wzrostu.
— Chcę się upewnić — rzekł Northmour, wziął lampę i trzymając ją nad głową, stanął w oknie i stał tak przez chwilę, wystawiając się na pewną śmierć.