Klara chciała rzucić się i odciągnąć go z niebezpiecznego miejsca, ale byłem o tyle egoistyczny, że jej nie puściłem.
— Tak — rzekł zimno Northmour, odwracając się od okna — polują tylko na Huddlestone’a!
— O, panie Northmour! — zawołała Klara, ale dalej nie mogła znaleźć słów: zuchwalstwo, które ujrzała, zbyt było wielkie.
On zaś patrzył na mnie z podniesioną głową, z błyskiem triumfu w oczach. Zrozumiałem, że tylko dlatego narażał się na śmierć, żeby ściągnąć na siebie uwagę Klary i odebrać mi urok bohatera chwili. Trzasnął w palce.
— Ogień dopiero zaczyna się — zauważył. — Kiedy się rozpali na dobre, nie będą tak przebierali.
Teraz usłyszeliśmy głos od strony drzwi frontowych wołający nas. Z okna widać było postać człowieka stojącego w świetle księżyca nieruchomo, z twarzą wzniesioną ku nam, powiewającego białą chustką. Patrząc na niego, chociaż stał opodal na wydmach, widzieliśmy odblask księżyca w jego oczach.
Otworzył usta i mówił tak głośno, że słychać go było w całym pawilonie i aż na skraju lasu. Był to ten sam głos, który krzyknął przez okno „traditore”. Tym razem jasno wyłożył nam swe warunki. Jeżeli wydamy zdrajcę Huddlestone’a, oszczędzą nas, jeśli nie, nie ocaleje nikt i żaden z nas nie opowie o tym, co się stało.
— I cóż, Huddlestone, co mamy odpowiedzieć? — zapytał Northmour, zwracając się w stronę łóżka.
Dotąd bankier nie dawał znaku życia i myślałem, że wciąż leży w omdleniu. Ale teraz odpowiedział i to takim tonem, jakim mówi szaleniec. Zaklinał nas i błagał, byśmy go nie opuszczali. Wyglądał w tej chwili ohydnie.
— Dość — krzyknął Northmour, po czym otworzył okno, wychylił się i, zapominając zupełnie o obecności kobiety, sypnął na posła deszczem najokropniejszych szyderstw i wyzwisk w języku włoskim i angielskim i kazał mu wynosić się tam, skąd przyszedł. Zapewne myśl, że wszyscy zginiemy jeszcze tej nocy, sprawiała mu niewymowną rozkosz.