— Jakto? Co się dzieje?
— Znalazłam dziecko w East Orange. Na szczegóły czas później, bowiem znowu je stamtąd zabrano. Mitchel przyjechał wczoraj i zabrał dziewczynkę do Remsenów.
— Do Remsenów? Cóż w tem jest znowu?
— Nie wiem, ale Mitchel i Miss Remsen zostaną dziś rano o dziesiątej zaślubieni w katedrze Św. Patryka.
— Jeśli zdołam przeszkodzić, nie nastąpi to! — wykrzyknął detektyw i podążył do kościoła gdzie doznał wiadomego już niepowodzenia.
Punktualnie o drugiej przybyli Barnes i Neuilly do hotelu piątej avenue, a Mitchel przyjął ich zaraz.
— Mr. Barnes, — rzekł wesoło — cieszy mnie, że teraz mogę panu służyć. Rano spieszno mi było i przybył pan w porze trochę niedogodnej, tak że byłem nieco szorstki.
— Nie mam ochoty żartować, mój panie. Jest to sprawa nader poważna. Oto Mr. Neuilły z Nowego Orleanu, który się zdecydował odbyć długą podróż dla sprawiedliwości.
— Bardzo mi miło poznać pana! — rzekł Mitchel podając rękę, a Neuilły pochwycił ją, chociaż niedawno byłby przysiągł, że raczej weźmie rozpalone żelazo, niż uściśnie dłoń człowieka, który skrzywdził tak nikczemnie córkę jego starego przyjaciela z Południa. — Radbym wiedzieć, panie Barnes, czy szukał pan w Nowym Orleanie rubinu żony mojej?
— Nie szukałem go wcale. Pan jednak wiesz dobrze, dlaczego usiłowałem przeszkodzić zaślubinom pańskim.