— Mr. Van Rawlston! Złodziej może się zakraść i tak. Wiadomo z doświadczenia, że z biegiem czasu słabnie czujność służby w takich razach. Poza tem zaręczam, że mam coś więcej niż samo przypuszczenie. Od całych już tygodni śledzę pewne podejrzane osobniki i wiem, że zamówiły kostjumy, dostosowane do tematu dzisiejszej maskarady. Jestem pewny, że plany ich dojrzały do wykonania, a także iż w razie nieobecności mojej jeden z gości pańskich zostanie okradziony. Może nawet i ja sam nie zdołam temu przeszkodzić.

— A jednak, — odrzekł Van Rawlston — wydaje mi się niemożliwością, gdyż jak powiedziałem, nikt bez mego zezwolenia wejść nie może.

— Nie chcę się panu, oczywiście, narzucać, ale jeśli będziesz pan zmuszony jutro rano wzywać policji, proszę samemu sobie przypisać winę. Złodzieje zyskają na czasie i z pościgu nie będzie nic. Ostrzegłem, a teraz żegnam szanownego pana uprzejmie.

Barnes wstał do odejścia, ale van Rawlston zatrzymał go.

— Przepraszam, — rzekł — jeśli pan jest tak pewnym swego, byłoby nieroztropnie odrzucać pomoc pańską. Cóż tedy czynić? Odłożyć maskaradę?

— Pod żadnym warunkiem! Proszę wszystko, co powiedziałem zachować w tajemnicy, a o ile możliwe, zapomnij pan o tem sam, by zachowaniem nie zwracać uwagi złodzieja. Proszę dać zezwolenie, bym przyszedł, a ponieważ znam ptaszka, przeto nie stracę go z oczu.

— Niema, widzę, innej rady. Ale musisz pan być w kostjumie... Doskonale... urządzający maskaradę przysposobili pewną ilość przebrań dla tych gości, którzyby przybyli bez kostjumu. Proszę wziąć jeden z nich.

— Jakiż to kostjum?

— Wszystkie jednakowe... czterdziestu rozbójników.

— Dziwne kostjumy! — wykrzyknął Barnes zaskoczony.