— Rozstrzygną miliardy na gruncie Toleda. Ty twoją wklęsłość, ja moją wypukłość, dwie chęci przyrody pozbawionej słowa, musimy natężyć i rozstrzygnięcie dwóch wielkich konstrukcji zgrabnie sprowokować. Dla Yetmeyera mam okrucieństwo, książę zaś może poprzez śmierć przedwczesną z Havemeyerem zgrabnie pofiglować.
— Nie wiedziałem nigdy, że pierwszorzędna przypada mi rola w intrygach kosmicznych. Skorzystam chętnie, by jak najwygodniej, przy tym uroczyście, pożegnać życie.
— Walory pozorów nie dały ci treści, więc nęcą cię jeszcze pozory walorów.
— Chcesz powiedzieć grzecznie, że skoro ktoś żyje, nie warto umierać. Zapominasz jednak, żem pozbawiony istnienia instynktu.
— Więc gdy będzie trzeba lub gdy się wyłonią konania trudności, zabiję ciebie.
— Proszę, bardzo proszę. Niesłychanie wdzięczny jestem już teraz. Lecz jeden warunek: zgładzić mnie tak zechciej, bym był wybawiony od podobnych tobie, pośmiertnych instynktów.
— Słusznie. Rozumiem. Dobrze, mości książę. Mym jednym spojrzeniem tej religijnej ofiary dokonam.
— Cieszę się niezmiernie. O kardynale! Śmierć zadasz rozkoszną!
— Postaraj się przedtem, by Havemeyer zechciał Ewaryście ciebie podarować.
— Ewaryście? Nieźle i mogę się zgodzić. Najmniej jest szkodliwa spośród towarzyskich nabytków w Toledo. Przeważnie milczy i gzić jej się nie chce. U ludzi zaleta niezwykle rzadka. Nie wiem tylko po co, tuż niemal przed zgonem, każesz mi zmieniać przynależność moją?