— Zapomniałem, prawda, że dziełem sztuki mam być najprzedniejszym.
— Wolę przyrody być dziwotworem. Wspomnień ja żadnych nie mam o sobie. Nie mogę mieć ceny nigdy ustalonej.
— Sza, ktoś nadchodzi. Może Prakseda, pomylona dziewka, która tu wpada niekiedy ukradkiem, rżnie na kolana przed portretem moim, trzy razy się żegna i odprawia modły żółcią napuszczone, po czym, jak kuma, łyśnięciem księżyca nagle spłoszona, bezgłośnie zmyka.
— Wśród ludzi kompletu w dancingu zduszonych wietrzę jakąś zbrodnię. Dotąd jednak nie wiem, czy nieodzowną czy też wymuszoną. Dla reklamy może... Czy słuch mnie nie myli? Odgłos lekkich chodów... Kobieta się zbliża. Zaczynam mój pacierz za powodzenie naszych postanowień. Bywaj kardynale i zmień wyraz oczu zbyt dotąd wymowny.
— Mrucz sobie książę, ile masz ochoty. Gdy zechcesz umierać, mnie sobie przypomnij!
Szacherki miłosne
W uchylone odrzwia głowę zamoczoną i pomierzwioną wsuwa Ewarysta. W płaszczu flanelowym. Kolor okrycia jest cytrynowy. Zawilgocona i dygocąca. Wyskoczyła z wanny. Przyszli z miasta z kwitkiem, bieliznę przynieśli, trykoty do tańca. Żądają podpisu na kwicie odbiorczym, a ona nie umie. Ustąpić nie chcą i służba bezsilna. W całym domu nie ma nikogo z piśmiennych. — Ratuj Havemeyer! Słodziutki, piękny i taki szlachetny. Bykiem nie jesteś, ale taki rosły i jak trzcina giętki, a dumny, a smętny, a panujący spojrzeniem wilgotnym. Jak od płomieni świecy ołtarzowej radość z ciebie spada na duszę, na serce, radość nabożna i ściska za gardło, kolana ugina. Od twego widoku ja pocierpam cała, utrzymać nie mogę mojego serca, które wciąż wyfruwa. Pomóż Havemeyer durniutkiej dziewczynce i podpisz papierki nadesłane z miasta. Przez kota twojego i przez kardynała wyznanie czynię, a jestem tak śmiała, bo nic powtórzyć żaden z nich nie zdoła. Nie dowiesz się nigdy i od nikogo, żem pokochała, żem zastrachana i zadyszana do oczu twych głębi wbiegła i przepadła, żem pod zadumą twych powiek bezpieczna i że po raz pierwszy u ciebie właśnie pozostałbym chciała. Orgazie cudny, jedyny małżonku, którego w marzeniu pod własnym sercem ja wynosiła i ukołysała. Od ciebie nic nie chcę, wszystko zapomniałam, co było kiedy, dla ciebie z rozpustą cnotę pojednałam, a dzisiaj obie, i jedną, i drugą w twe ręce oddaję. Chodź i bierz natychmiast, co tylko wziąć zechcesz, u stóp twych pozwól czołgać się z Omarem. Lecz bądź Orgazem, rycerskim, wspaniałym, a nie dzikim samcem, drzwi nie przytrzymuj, dziewictwa nie żądaj, bo jestem naga, nieusposobiona i drżąca cała. Weź świstek do ręki i odpraw pachołków, którzy żądają znaków umiejętnych, żmudnych na papierze, za swoją dostawę.
Nie ma nikogo. Ewarysta była przed chwilą wesoła, a teraz jest smutna. Co począć dalej? Yetmeyer Orgaza wciąż z sobą porywa. Ugrzęźli, jak zawsze, gdzieś w którejś komnacie wstrętnego dancingu, a tam niezawodnie czubią się i trzeszczą. Kardynał chmury swych myśleń popędza, Hindus się tłucze gdzieś po zaułkach, Chińczyk w biurze ślęczy, Jacinto na dachu z inżynierami (zakładają właśnie osobną stację dla rozmów bez drutu), Podrygałowa na klucz zamknęła zapewne Prakseda.... (aby ten ścierwak raz już się nauczył swe własne bliźnięta od razu odróżniać). Pozostał Omar, sam jeden tylko, rozmodlony książę. Jemu Ewarysta powierzy swą prośbę. Płaszczyk w piąstkach tuli, podchodzi na palcach, ludową zagadką zaleca się, nęci bocatego515 księcia:
Pytała się aprykanka516 dzwonka517,
czy jest hapciś518 w domka?