Kolekcjoner krąży po domu swobodnie. Jest wyzwolony z uścisków gościnnych. Właściwie go bawi ta smutna afera, która wynikła z braku przezorności lub jej nadmiaru. Szuka Omara po wszystkich kątach. Książę zbyt roztropny, by nie umiał stronić od gminnej przygody i by życie cenne walącym się domom zechciał poświęcać. Nieustannym wirem około siebie musi być znudzony, gdzieś w jakimś rogu zaszył się przezornie i śpi jak nieżywy. Havemeyera ochota spiera, by tak się kropnąć niezauważony do Ewarysty, ale tam właśnie rozgardiasz największy, lekarze, felczery przy rosyjskiej dziewce. Natomiast sposobność prawie wymarzona, by bez narażania siebie i drugich na podsłuchanie — kilka słów zamienić z własnym opiekunem, z fałszowanym świętym, żebrakiem hinduskim, niby fakirem, a właściwie tylko słono opłaconym, lecz niezawodnym, świetnym detektywem. Skrada się do budy, skąd okowy dźwięczą.
— Co ma oznaczać gruba awantura zaimprowizowana dzisiaj popołudniu?
— Sir, to zrządzenie najwyraźniejsze siły zwanej wyższą.
— Force majeure539 z umowy spisanej przez nas, czy też interwencja samego nieba?
— I pierwsze, i drugie.
— Już ci nie wystarcza niezachwiana pewność w twą ludzką przebiegłość. Do pomocy wzywasz nadziemską tajemność. Bzik religijny i ciebie opętał!
— Źle byłoby z nami, gdybym nie pamiętał o nadzmysłowych naszych przeznaczeniach.
— Dlaczego jednak derwiszowym cudem nad kasą się znęcasz?
— Żelazna kasa już z samej natury jest ociężała, a w dodatku jeszcze skrzętny nasz konkurent zbytnio ją napełnia.
— To cię niepokoi? Czyż płacę zbyt skąpo?