— Otóż to właśnie, co poniekąd zmusza, by nadprzyrodzonej pokłonić się władzy. Niania szukała pana Yetmeyera. Była wzburzona, nagłą sprawę miała. Do mnie zapukała i zapytywała. Wzruszyłem ramionami, ale ją pchnąłem jednooką siłą w stronę pracowni. Gdy do wnętrza weszła, na drut nastąpiła, czyli wpadła w sidła. Nastąpił wybuch.

— Naraziłeś dziewkę na życia utratę!

— Na drobne kalectwo. Ona i bez tego pierwszej lepszej nocki na samospalenie, niby ćma, wyfrunie.

All right! Pojmuję. Życie jej przedłużasz o czas pielęgnacji. Będzie leżeć w łóżku, musi rany goić, nie może uganiać. Z chwilą, kiedy wstanie i poleci w miasto, bezzwłocznie zginie.

— Lub kogoś zabije.

— Niech czyni, co zechce. Omara widziałeś?

— Jest u Ewarysty.

— Cóż to znowu znaczy?

— Sahibie: konstrukcja!

— Do diabła się przyda.