— Wczorajszą pocztą mym ludziom w Berlinie, Paryżu, Londynie zupełnie nowe posłałem instrukcje. Mają się starać o wykazanie, że cywilizację przed zagładą chronię przez wycofanie istotnych wartości i uniemożliwianie małpiarskich skłonności, które zarazę szerzą bezpłodności. Zbrojenia moje służą tylko temu, by bronić tradycji przed wszelkim zamachem i każdą destrukcją. Takie gadanie pustymi słowami jak alkohol działa na małe mózgi wielkich mężów stanu, odpowiedzialnych przed podłym zespołem mdłej demokracji. Mężowie stanu pilnie nadsłuchują, żarłocznych instynktów melodię sfałszują, zmielą ozorami, a samorządny, cuchnący ludek kiwa makówkami, gdyż zadowolony, że już mniej rozumie, aniżeli dotąd z chciwości pojmował. Zjawia się potem szlachetny uczony, zakatarzony, żółcią zalany, niewykąpany, niedożywiony, zawsze zaspany i dla narodu gryzmoli tomy. Ględy spocone, a rozgderane, a wystękane i zasmarkane. I to Yetmeyer historią zowie!

— On wskrzesza to samo, co ty przez niecierpliwość, czy przez pietyzm, już składasz do grobu.

— Powiedz, co lepsze: Wyspa Zapomnienia czy Przedśmiertny Dancing?

— Ta sama idea, w odmiennych kolorach. Praktyczniejszy będzie ten pomysł z obu, którego konstrukcja od praktyczności najdalej odbieży.

— Przemawiasz jak prorok, przypowieści tonem. Zdejm już ciężary, przyodziej się trochę bezwstydny nagusie i mów zrozumiale. Co znaczy aforyzm, któryś wypowiedział?

— Niezdarnie mówię, gdy mam coś na sobie. Do czystej myśli przynależy ciało czyste i gołe. Mam taką manierę. Niebawem mnie ujrzysz w przebraniu pilota. Wówczas zauważysz, że elokwencja moja będzie znowu szczelnie zapięta i osłoniona pospolitości kostiumem szarym. Przed chwilą twierdziłem, że tylko konstrukcja na wskroś niepraktyczna wytrwa nieskalana, niezapomniana, że wrazi się w serce milionów półludzi, że będzie zjawą w okrężnym biegu zdyszanych stuleci, myślą uwielbianą, zawsze poczynaną, niewykonaną, za mało uchwytną, za nadto śmiałą. Najtrwalszą konstrukcja przecudna, przemądra, jak cacka dla dzieci, które się boją, by nie było prawdą, czym bajka grozi, do czego się modlą, za czym wzdychają, czym bawić się nie śmią za żadną kanapką, pod żadnym stołem.

— Więc tabula rasa, którą chcę stworzyć?...

— Jest niby to samo, co religijnych uczuć obudzenie. Lecz Yetmeyera naczelna konstrukcja — wybaczyć proszę prostotę trywialną moich wynurzeń — ma wdzięk idealny, czysty, niepraktyczny, zaś twoja posiada demoniczną barwę, jest beznadziejna a niebezpieczna.

— Więc przegrać muszę?

— Bynajmniej. Wyobrażam sobie imprezę wspaniałą i długowieczną: Yetmeyera Dancing na twojej wyspie. Kraj obiecany, przylądek nadziei. Mały kompromis, nieco kompilacji, przymierze konstrukcji dotąd zwaśnionych, potęga myśli w jakimś uroczysku śniegów i lodów. Reniferowe do was wycieczki wszelakich głuptasków, odmrażanie nosków nader ciekawskich, skołowacenie bluźnierczych języczków, czyli ostateczne zwycięstwo was obu, i równoczesne, i równomierne. A w świecie szerokim klekoce gadka o zwariowanych dwóch miliarderach, którzy zapadli na sen zimowy, jako próżniactwa i zwyrodnienia typową chorobę, gdzieś pod biegunem samym północnym.