Praksedy stan groźny. Przyszło majaczenie i zmyślania blesność550. Zerwała bandaże. Konsylium lekarzy, a równocześnie komisyjka śledcza, na razie szczupła, bez wszystkowiedzkich nadznakomitości, bez pseudogenialnych arcybałamutów, z cyrkułowymi, niereklamowanymi poddygnitarzami, nierespektowana przez donos partyjny, zmysłu pozbawiona do uprawiania popłatnych grzeczności, niewykształcona w hasłach o Bogu i niby-Ojczyźnie, sumienna, uprzejma. Yetmeyer gospodarz oprowadza wszędy, do lochów się spuszcza, gdzie wilgoć grobowa i szczątki kasowe. Z „Camera obscura” zerwał wszelki kontakt, gdyż razem z Jacinto i mechanikami na czas zamurował bez żadnej oznaki niebezpieczne przejście. Zebrano materiał, lecz dla gazeciarzy siurpryza551 niewielka. Na razie — vis maior552. Klasyczny świadek zeznawał nijako, jak gdyby naprawdę o niczym nie wiedział. Gdy wyzdrowieje, jakoś raźniej można będzie zażądać dla podżegaczy, gdyby się uparli w tępej ciekawości, ażeby Rosjanka opowiedziała, czego nie widziała.

Tymczasem karetka z ratunkowego prawie pogotowia już zajechała. Nosze wstawiono do przedpokoju. Oczekują zmierzchu, by przy wynoszeniu rannej piastunki nie wabić ulicy i dalszym rozgłosem bardziej nie zaszkodzić frekwencji w dancingu. Ze snu upalnego Prakseda zbudzona. Zbielałe wargi językiem wilgoci. Parnota mosiężna ugniata jej skronie, więc zjadliwie stęka. Ewarystę wzywa do słuchania zeznań:

— Bihme!553 Ja nikogo nie zabijała ani zabić chciała. Skargę jeno miała do Yetmeyera na Podrygałowa.

Ewarysta chorą w poduszkach układa i uspokaja. Prakseda, z twarzą znieruchomiałą i spopielałą, wlepioną w plafon, z pustyni swych myśli miota garścią piasku słów zapieczonych, troską oszalałych.

— Ja ne zdużaju grumać się554 z Igorem. On zhamanuje555 gzubięta556 rozkoszne. Kijem komedianckim harata557 po głowie i po paluszkach córeczkę najmłodszą za to, że pod ścianą na jednej nóżce kroczyć niezdolna, albo że na ziemię zwalić się nie umie. Kosteczki jej łamie i cięgiem wymyśla, aby była składna w Weselu Orgaza. Więc ja pognała do naszego pana, by wziął zmiłowanie. Zaledwie tu przyszłam, bies wskoczył na mnie i do sali rzucił, gdzie licho wybuchło i poturbowało. Po drodze nikogo ja nie spotkała, a Onczidaradhe, który się modlił w swoim strasznym dziuple, powiedzieć nie umiał, gdzie jest zbawca świata. Więc sama szukała, a mściwy Igor swojego patrona, prześcipnego cura558, w ślad za mną machnął, by mnie przyrychtował. Co ja teraz pocznę, co poczną dziecięta? Idę do szpitala, a tam w Alkazarze, w hotelowej budzie, gdzie same batiary559, dziecków cały tuzin. Zabałakać560 można każdego czym nie bądź, ale jest jedna, oczywidna prawda, że Igor się zbiesił i że czortów mnóstwo po świevie rozpuścił. Grzech561 się rozwałęsał i po dancingu. Bestyjnik za wami, panno Ewarysto, drepci562 i harcuje, by was przecie zjednać. Nic go nie odpędzi, gdy Podrygałow raz sobie ubzdurał, że tanecznicę wielce urodziwą należy mu posiąść, jeno bez proszenia, bez czułych umizgów, bez jednego słowa. Już on zdziałać zdoła, czego mu potrzeba, dziewictwo omroczy i w powolność563 zmoże. Prędzej czy później będziesz jego żoną, bo tak być musi. Cały dancingu porządek wam zbebla564.

— Cichaj, Praksedo, gadanie ci szkodzi! Mało co rozumiem z takiej zbieraniny każdej ludzkiej mowy, jaką ty gwarzysz.

— Co trzeba, skapujesz565. Może już wydobrzeć nigdy się nie uda? Więc muszę powierzyć, co powinnaś wiedzieć, panienko ozdobna, że dla nas wszystkich jedyny ratunek, abyś ceregielów dalszych nie robiła i za mąż wyszła za baletmistrza. Inaksze źle będzie. Nie darmo trapierzy566 mnie cholerne widmo, gdy tylko spojrzę na izby powałę: śmierć się kormali567 do nas kominem! Do ciebie i do mnie, do Havemeyera, tego hardabusa568 i do trupięgi569 A-to-tso Chińczyka. Ja nie bakulę570, tylko to mówię, co sama widziałam.

— Dlaczego, Praksedo, skąd i dlaczego?

— Jego to sprawki, tego bałabajdy571 — Podrygałowa. On się pokumał z tymi duchami, które są nieczyste. Kawał duszy sprzedał za pomoc w łajdactwach. Śmiercią nas straszy i myśli sobie, że przez nią nas wszystkich w niewolę zagna. Gnipić572 on ciebie chce przede wszystkim. W łepetę mu wlazłaś i nie ma ratunku! Oby was Pan Bóg przed nim ustrzec zechciał, choć Bóg nieporadny na wykrętne diabły.

— Praksedo! O sobie powinnaś myśleć, ja z Podrygałowem sama się rozprawię, gdy będzie trzeba.