— Prawisz, jak detyna durna, nierozważna. Igor jest hymy573 i żadnym gadaniem nie dojdziesz do ładu z takim Iwanem. Niech Ewarysta do mnie się nachyli, abym hutorzyć574 mogła wielką, prawdę, która jest w hrudiach575 i cięgiem napiera, bo chce się wydobyć. To jest straszność wielka i muszę ją zwierzyć, paniusiu, tobie, abyś raz zmądrzała i pokidała576 nieporadne577 żarty...

Jak potępienie i jak przekleństwo, nagle się podnosi ponad poduszki i ponad oparcie rąk Ewarysty. Chwiejąc się, usiadła. Jak czyr578 wiedźmowa połyskuje postać w wieczornym zmroku. Dłonie rozrzuciła w przyćmioną przestrzeń, gdyby krucze skrzydła, dźwignięte do wzlotu. Słowa jej muśnięciem są żarów stepowych, westchnieniem trującym wulkanów stygnących.

— Igor farmazon579, fikant580 i zbereźnik... jest ludożercą!... Jej Bohu581, jej Bohu. W Odessie przez miesiąc, gdy do ugryzienia już nic nie było, zbierałam dla dzieciąt uliczne odpadki... Wówczas tak przyszło, że Igor się nadział na Ostapową, tamtejszą krajzbabkę582. Gołąbka siwiuchna, starowinka słodka... Tylko oczka bure bełdowały583 dufnie584. No, i co kto powie na tę okoliczność, że ta drapacha585, kiedy wszyscy spali, niemal co wieczora pod mantylą wielką Podrygałowi znosiła strawę, same noworodki, niby gołopupki586 świeżuchne, pulchniutkie?... Oni uśmiercali siekaczem od mięsa, ja nigdy nie chciała. Zresztą Podrygałow babinie imkluzów587 dawał co nie miara. I brylantów mnóstwo, które pozostały po żinkach umarłych. Kiedy pokrajali, to ja przyrządzała, bo i co inszego do roboty miała? Filety na rożnie albo też jusznik, lecz ze krwi bliźniątek. Nikt nigdy nie poznał, że to mięso ludzkie. Wszyscy zajadali z wielkim apetytem. Bywało, z początku, to ja czkawkę miała i wielkie nudności, ale od głodu wnet smaku zaznała i potem zmiatała bez wstrętu czy mdłości. Nękała mnie zmora od zmierzchu do ranka, że Igor kiedyś z własnego tuzinka porcyjkę uszczknie sobie na potrawkę. Więc pilnowała, aż przyjechały angielskie okręty i wytępiły takie plugawe, czyli mięsożerne, a ludzkie robactwo. Oni strzelali, a my nie zważali i do nich biegli, co tchu nam starczyło, aż łodzi jakiejś w przystani dopadli i na pokład wleźli, straszliwie zmachani. Jakoś się dowlekli między dobrych ludzi, przyodziawszy schludnie zachlastane dusze...

Bredzącą w malignie tę jęczyflorę588 i jęzornicę589 służalce szpitalni przemocą zabrali. Wsunęli w ambulans i odjechali. W mieszkaniu powstaje ponownie rewetes. Havemeyer skrzeczy, że zginął kardynał. Yetmeyer z rozpaczy głośno kawęczy. Komisja przybyła i znowu węszenie, przeszukiwanie. Znalazcy nagroda miliona pesedów jest przyrzeczona. Równoczesny wyjazd obu egzotycznych i zagadkowych dancingu postaci, to jest bramina i arcykapłana, podejrzenie wzbudza. Oświadczyły władze nad wyraz uprzejmie, choć telefonicznie i lakonicznie, że nigdy nie ścierpią, aby w zakładzie pana Dawida istniała rozsada podejrzanych afer i alarmujących opinię w Hiszpanii katastrof, skandali czy niesamowitych, zagadkowych zdarzeń. Na znak niechęci i nieufności, komisarz zwyczajny do wszelkich widowisk na dzisiaj wieczór zawiesił zupełnie wszelakie produkcje w instytucie sławnym. Dalszy bieg przedstawień zależy wyłącznie od orzeczenia najwyższych organów w stołecznym Madrycie. Tam raport podano i tam o zarządzenie, usuwające toledański zakaz, należy się starać. Zbawca jak jędor590 kroczy napuszony i wypytuje kolekcjonera, dokąd właściwie Onczidaradhe w dniu tak feralnym i bez pożegnania pomknął niespodzianie. Kadeła591 spotniały, usłyszawszy nagle, że najprawdopodobniej obaj uczeni na wspólną wycieczkę udali się zgodnie, jak niebo przed burzą skałdunił się592 groźnie, w samochód się wtulił i nocką jeszcze do stolicy pognał, by do rozwoju dalszych kalamancji593 za nic nie dopuścić.

Trójkąt perwersyjny czyli romans: nekrofilki, erotycznego megalomana i patetycznego arystokraty

Nadeszła wreszcie pora porachunków, zazwyczaj krwawych, między niedostatkiem i posiadaniem niekoniecznie znacznym, a najczęściej błahym. Godzina hazardów najbardziej szulerskich, chwila ucieleśnień zjawy duchowej, wypukanej z grobu i moment utarty od dawien dawna do zagmatwania miłosnych zatargów. Dancingu czuła, oficjalna para, pan Havemeyer i Ewarysta, czuwają oboje w oczekiwaniu zapowiedzianej, uprzywilejowanej, koncesjonowanej, nadużywanej na całym świecie przez wieczne amory, bezgwiezdnej północy. Odseparowani taśmą korytarza, w swoich pokojach: czytają, palą, zbijają bąki, od ściany do ściany wśród sprzętów krążą i nadsłuchują, pragnienie gaszą i poprawiają powabne stroje.

W balowej sukni, dżetowej czarnej, pąsową różą na gorsie spiętej, wyciętej na plecach do samego pasa, z tępym bólem głowy, z cygaretką w palcach, donna Ewarysta, tuż przy samym progu swego salonu, pilnuje nadejścia hrabiego Orgaza.

Stłumione pukanie, dijareza594 ciszy i podłe westchnienie. Następnie za chwilę lękliwe pytanie:

— Nie ma Omara?

— A kto pyta?