— Słowa nie wypowiem, którym nagabujesz. Nie umiem i nie chcę.

— A więc, czym ci jestem?

— Małżonkiem przystojnym, którego ocalam i którego pieszczę przed samym weselem.

— Małżonkiem? Ocalasz? Przed niebezpieczeństwem, przed Yetmeyerem? Sadhus cię namówił? Czynisz poświęcenie?

— Czynię, co potrzeba dla uciechy własnej. W pieszczotach się dowiem, czym poza Orgazem, czy Havemeyerem, mógłbyś być więcej.

— Ty o mnie się starasz?

— Ja biorę ciebie i tylko o tyle oddaję się tobie.

— A mnie nie zapytasz, czym właściwie jesteś w mojej potrzebie?

— Wcale nie zajmuje. Przejdźmy do sypialni. O wiele swobodniej będziemy się czuli na uświęconym miejscu przeznaczenia. Tam mamy sorbety, które bardzo lubię, likier kakaowy i papierosy marki „Aspazja”, sperfumowane oraz bardzo cienkie, a przez to zabawne.

Fortepianowy, zbełtany akord w ciszy zaspanej, łobuz niespodziany i dokuczliwy, zbryzgał poszepty gruchającej pary tuż za jej plecami i zwyrodniałym, złośliwym kleksem ledwie odtajałe zbabrał umizgi. Ani Ewarysta, ani Havemeyer nie mają odwagi spojrzeć poza siebie, gdzie klawiesz595 stoi i skąd potępieńcze runęło zagranie.