— Nic nie pamiętam, o niczym nic nie wiem.

— Dosłownie powtórzę wszystko, jak było. Otóż na Orgaza, jak pani orzekła, posiadam rzekomo wspaniałe warunki. Maskę świętości, dla pantomimy tak pożądaną, osiągnąć mogę przez sfingowanie nieprzytomności.

— Teoria słuszna, której nie przeczę. A równocześnie z przykrością stwierdzam, że dotychczas jeszcze pan nie wytrzeźwiał.

Orgaz rozszczepia pogmatwane szelki. Po czubek nosa oblubienica zakryła się kołdrą.

— Jesteśmy po ślubie i zmitrężeni, jako przystoi na nowożeńców — Havemeyer stwierdza.

— Jeśli pan uważa, niech mu i tak będzie. Do siebie pan wracać musi jak najprędzej. Po co teraz gadać? Czy dzień nastał po to, aby opowiadać, co było w nocy, jak i którędy?

— Nienasyconą do ciebie, luba, odczuwam tęskność. Minionej nocki uroczystość ślubną ochotę mam wielką przedłużyć znacznie, choćby na następne wszystkie dnie powszednie.

— Do czego zmierzasz, wcale nie miarkuję.

Małżonek włożył zmiętą kamizelkę. Podchodzi do łoża, mozoląc na szyi uparty kołnierzyk.

— No powiedzże teraz bez żadnych wykrętów, powiedz, że mnie kochasz!