— Słowo to jest zawsze coś mniej lub coś więcej. Słów wielkich nie lubię. Zawsze mnie zmora dziwna prześladuje, że wyrzuciwszy z siebie powiedzenie znaczne i ważkie, już potem nie można odnaleźć w życiu właściwego miejsca, z którego poród tych słów się wywodził.
— Rozumiem odpowiedź, że przez określenie nie chciałabyś spłoszyć uczuciowych sensów, czy też je pozbawić miłosnych treści.
— Havemeyer nudzi. O nic mi nie chodzi. Pospałabym chętnie.
— Czułem twoją miłość upalną, przewrotną. Dowiedz się, istotko zbałamucona i zakłamana, że ani chwilkę omdlały nie byłem, ani też pijany, że wobec wybryków twoich i dąsów użyłem podstępu i że oczyma zupełnie trzeźwymi obserwowałem lubieżne twoje praktyki ze mną.
— Nic nie pamiętam, panu się śniło.
— Nie burcz ponuro, pleców nie pokazuj i nie zaprzeczaj. Pragnę być Orgazem...
— W niczym nie przeszkadzam. Ględzenia mam dosyć.
— A ja przekomarzań dalszych nie zniosę. Proszę, odpowiadaj: miałaś przyjemność?
— Kiedy, jaką, po co?
— Tylko nie udawaj! Przyjemność czy miałaś dzisiaj w nocy ze mną?