Mordacz676 rudawy, ledwie że sunie.

Lamenci677 głucho. Odarnowane678 piargi679 zlizuje.

Garnki dziurawe i zdechłe szmaty niedbale rybaczy680.

Grzbiet zamrożony i rozchlastany w zaduch papraczki681 ciepławej, głuchej ochotnie wsuwa.

Kaczorowe682 barwy pomiędzy filary mostu Marcina zmyślnie rozłożył i daremniny683 historycznych zdarzeń zbolałymi dziąsły mozolnie żuje.

Tajo opowiadacz, któremu się zdaje, że w schludnym milczeniu nie znajdzie fabuły, że teraźniejszość zahuczeć trzeba. Więc wartościuje, w kleistych wspominkach tapla się jak w chlewie, co wiekuisty żywot ułatwia i przed udarem irracjonalnych skojarzeń chroni.

Maruderskim pląsem omotał zrzęda wiedźmowe stopy nadbrzeżnych ruin, po czym zbawców świata — Havemeyera i Yetmeyera — rozwałęsane, miliarderskie plamy do muru przylepił. Bano de la Cava684 cienie dwóch przybyszów, sunących spacerem, chcąc nie chcąc przyjmuje na spleśniałą ścianę i zaciapaną nudą swych głazów nadal ocieka.

Żebracze koźlę po nasłoconym czucha685 się zboczu i pobekuje falsetem sierocym.

— Grunt pod nogami nieustannie tracę... — Havemeyera wyniosła sylweta obawą rzępoli.

— Wśród lotnych osypisk pomyśleń niedbałych może bardzo łatwo każde ludzkie życie zwichnąć obie nogi... — spod ceratowej, wzdętej peleryny zachrzęści Yetmeyer.