— Przedtem jednak trzeba być kawalerem, przysposobionym do służby Boskiej, czyli Orgazem godnym ubóstwionej i kompanionem imprezy mojej. Orgaz wierzy w Boga, i Ewarysta, i ja sam wierzę...
— No i cóż z tego? Pytania nie słyszę, pytania nie stawiasz a ściuchajdy786 same na konserwy składasz w ugrzecznioną puszkę mej cierpliwości, gdzie same skwaszone kłębią się niesmaczki.
— Kongres się zbliża. Międzynarodowe, społeczne niesnaski wyzyskać muszę na rzecz propagandy religijnych orgii. Nie mogę już dalej odsuwać terminu. Czeka pantomima, czeka Wesele i Ewarysta. A Orgaza nie ma. Ciągle jeszcze nie ma. Do Orgaza aktor przysposobiony i uzbrojony w pogotowiu stoi. Dotąd wcale nie wie, gdzie Orgaz istnienie swoje zaczyna. Na wiary ściernisku bosymi stopami twardo stanąć trzeba. Pytam wobec tego:...
— Czuję, że zadnice787 obie przemoczyłem.
Zbawca papulaty788 i czerwieniaty789 naćmyrał się790 zbytnio, jest rozkiwany, tępta791 nogami odrewniałymi od niedogody, jak kępiak792 na wydmie obwiesił konary sczuchranej zadumy. Rdzawe zapytanie, jak zdradliwy chechłak793, w garści ukrywa, by je wprost w serce Orgaza-ciaracha794 wrzepić lada chwila. Na twarzy wybrańca inactwa795 dogląda i hatłamajki796 z duszy mu wygania. W kałużę wstąpił, w której piłowiny797 wielkiego gadania o wtajemniczeniu powoli toną pożółkłe, spienione. Cały upaciany, Mr Yetmeyer dychawiczną czkawką stawia pytanie:
— W jedynego Boga, w Boga-myśl-początek, w Boga-ukochanie, w Boga-stworzyciela, twe źródło, twe ujście... wierzysz, Havemeyer?
Świnia — dobry omen
Wzgórzystym przejściem tuż nad urwiskiem i nad głowami wybiedzonymi obu miliarderów kadeckiej szkoły sunie parada, Wracają z ćwiczeń. Orkiestra się piekli. Świdrują ucisz798 fujary, klarnety. Mgławica-śmietana została przez werble ubita na pianę. Błyskają latarki. A gardła junackie fanfaronują799:
Dajda rajda tomty — dada tada romty,
Dojdo rojdo tamty — dodo todo ramty,