Wszedł na trybunę Dawid Yetmeyer.

Zagaił zebranie. Jest niby pomidor nieco przejrzały, gdy pęka na słońcu i cynobrową cieczą ocieka. Asfaltuje drogę do wszechzrozumienia tematu wieczności. Zapulchnioną piąstką ugniata pulpit, jak gdyby ciasto strudlowe miesił.

— Wy! Moje małpie degeneraty, denaturaty i deformaty!

Zwięźle i oschle sprawię się z wami, bo nie na gadanie zeszliśmy się tutaj, lecz na rozparpanie bytu istotności.

Powiedzcie śmiało, czego pragniecie?

Czy użyć sobie na całego chcecie, raz się nabęckać1001 poczuciem wszechświata, do syta, na zawsze, by nie pożądać pospolitości już nigdy, żadnej?

Co wam się uśmiecha dziwolągi drogie, duszyczki przeczułe i bestie drapieżne?

Czy życie mastne w śmierci powijakach, czy laba1002 w kosmosie?

Możecie wybierać, nie trzeba się wstydzić!

Czy nędzić1003 wolicie i lechmankować1004 na myśli ugorach, każdą maliznę1005, niby łachmandy1006, wykradać, rabować, o byle co zawsze z jakimś osrajmurkiem1007 cackać się, paktować, kalikantowi, pierwszemu-lepszemu, pozwolić się miałczyć1008 albo i opsiakać1009 wśród krużyn1010 żerować...