— To mi się podoba! W moich majątkach właśnie buduję dwie duże turbiny amerykańskie. Chętnie podnająłbym do ich popędu nieco prądu twego. Czy możesz się zgodzić, ażeby w tej sprawie mój administrator zwrócił się natychmiast do twego zarządu?

— Najchętniej, amigo1078. Czym mogę, tym służę. Pragnąłbym w zamian, byś z nami pozostał, do nas się nawrócił.

— Niestety, wyjeżdżam już jutro raniutko. Muszę być w domu. Nadchodzą święta. Jajkiem święconym podzielić się trzeba z żoną, dziatkami oraz ze służbą, by nikt nie zmiarkował, że w nic nie wierzę. Jestem protektorem kresowego związku do ogłupiania, ściśle doszczętnego, wszelkiej ciemnoty i wiceprezesem tajnego klubu do podstawiania każdemu nogi w publicznym życiu. Przynajmniej raz w roku wypada jakoś pokazać się swoim. Muszę stąd uciekać. Nie uznaję wprawdzie metafizycznego twojego wpływu na wiary istotę, lecz do interesów masz tęgą głowę — i teraz rozumiem, że te nastroje tak mnie zwabiły. Obawiam się jednak, że spętać mogą.

— Rozumiem wreszcie, o co ci chodzi, mój romantyku, bardzo rachunkowy. Chciałbyś, bym działał, jak burzy majowej świetlisty gzygzak, który z elektrycznej stacza się chmury pośród łomotu i w jednej sekundzie zabija, oślepia. Czy widziałeś kiedy kulisty piorun?

— Kazio Głuchowski, mój zacny compadre1079, raz coś wspominał. Faciendę1080 posiadał, wcale przyzwoitą, gdzieś tam w Brazylii, na pograniczu stanu Contestado, w pobliżu obszaru terenos dos Indios1081. Folwark niemal cały był zadziewiczony przez matto brutto1082. Na werandzie siedział swojego domu pewnego południa, w skwarze marcowym drzemiąc niedbale. Tuż obok stodoły kabokli1083 czereda z bandą coroados, czyli dywersantów czerwonoskórych, o pług skradziony wiodła spór wymowny. Syneczek Kazia, czteroletni Maciuś, na barwnym gazonie zabawiał się z Ledą, starej wyżlicy wykluwając ślepia, już skaprawiałe, wystrzępionym prętem. Wtem kulkę świetlistą, jak znak opatrzności na obrazkach świętych, ujrzał w powietrzu, gdy wędrowała majestatycznie od hibiskusa, który przy parkanie mizdrzył się do słońca, pod filary spichrza. Przebudził się ojciec, lecz zanim krzyknął, by powstrzymać chłopca, dogonił dzieciak zdradziecki płomyk i wyrżnął trzcinką w zabójcę-pielgrzyma. Łomot stu piekieł. Całą swoją wściekłość wyładował piorun na ludzi leśnych i na budynki. Spłonęły: stodoła, wozownie, wygódka, a wszyscy fornale1084 oraz koloniści zginęli na miejscu. Maciuś ocalał, suka została ciężko porażona, Indianie czmychnęli.

— Otóż tak jest ze mną. Chcąc mnie zrozumieć, zapamiętaj sobie: jam piorun kulisty. Przed siebie idę, nigdy nie zaczepiam i choć znam mą siłę, wszystkich omijam. Z tą chwilą jednak, gdy we mnie uderzą, muszę wybuchnąć i ktoś musi zginąć.

— Lecz zakład stoi pomiędzy nami, kulisty piorunie, o Havemeyera i Ewarystę? Pół miliona funtów, jako już rzekłem. Niech co chce będzie, niech idzie na bęben cały mój majorat1085.

— Co będzie z młynami, jeżeli przegrasz?

— Zakład jest istotny i nie ma związku z interesami. Jeżeli przegram, ty młyny obejmiesz i mnie je wypuścisz potem w dzierżawę.

— I tobie nie brak zmysłu do geszeftów1086. Zakład przyjmuję, ale rękę cofam od całej kabały z Havemeyerem. Sam intrygę utkaj. Nie mam dzisiaj czasu. Przyjdzie mi oświecać, a może ratować, szelmę, prorokinię, która zapowiada, że chce na świat wydać dla mnie konkurenta. Właźcie więc do łodzi, idźcie na dno morza, kochajcie się, żeńcie, kłóćcie, podgryzajcie... wszystko mi jedno, byle wesele jutro się odbyło, byle nikt nie śmiał zachwiać pantomimą.