— Reżyserem będę wytrawnym i sprawnym. Zaraz role rozdam do bankietowej, hucznej tragifarsy. Jeszcze przed północą problemat wiary kolekcjonera nam się wyświetli. Sam będziesz musiał przypilnować sobie przez dzień jutrzejszy tego przedstawienia, które koronuje dancingu rozwój, bo mnie nie będzie. Z wielkiej oddali upajać się będę moim triumfem, pociągiem pośpiesznym, nawet samolotem czym prędzej umknę od miejsca zwycięstwa, gdzie stawi się Orgaz, by wstrząsającą odegrać komedię: fałszerstwa wiary.

— Powiedz po prostu, że Ewarysta i tobie również, jak pyłek gryzący czy złośliwa muszka, wpadła do oka i źrenice łzawi, że wskutek tego na opak widzisz najprostsze zjawiska, że kusi ciebie haniebna chętka, by odbić dziewczynę kolekcjonerowi i, mimo poważne małżeńskie okowy, sam stać się... novio1087.

— Insynuacja rozbrajająca. Wszystkie twe wywody smak posiadają sianowej pożywki.

— No, no, nie szkodzi. Nie unoś się zbytnio. Jesteś niezwykle przystojny mężczyzna. Mógłbyś od biedy Orgaza zastąpić, kiedyś w przyszłości, o czym dość poważnie sam ze sobą myślę. Czujesz, że suniemy już po murawie? Słychać najwyraźniej, jak powitalna dla nas orkiestra na marimbach1088 wali. Cymbałom cymbały i na cymbałach. Ekstrakt uciechy gawiedzi współczesnej. Kadyks. Wysiadamy!

Strzał w serce ziemi na dnie oceanu. 11 000 stóp pod wodą

Wesoło toną. Zjeżdżają w przepaść przerażonej wody, która się nadyma, lecz ugnieciona i ubiczowana, ustępuje, sycząc. Przeciw najazdowi zmobilizowała suwerenna głębia krociowe armie powietrznych kulek, skocznych i zaczepnych. Bańki, kropelki, guziczki, perełki cofają się jednak w porządku, wzorowo, według najnowszej strategii skutecznej, udowodnionej i rozsławionej bitwami nad Marną oraz nad Soczą, w latach zaś ostatnich również i nad Wisłą. Ofensywny rozpęd pozostawiły opancerzonemu dziwotworowi. Przegrupowane, jako odwrotu taktyczne jednostki, maszerują grzecznie w kierunku przeciwnym biegowi łodzi, gdzieś ku powierzchni, skąd przyjdą rezerwy bałwanów morskich.

Gburowaty rekin dostał po mordzie, albowiem bandyckim znęcony instynktem, sam się napatoczył pod dziób okrętu. Rabuś ogłuszony porwany został przez figlarne prądy. (Zasłynął następnie, po jakimś tygodniu, gdy poćwiartowany i nadjedzony przez własnych kuzynów, na brzeg wypłynął koło Lizbony. W wszystkich miesięcznikach ilustrowanych całego świata były podobizny tego kadawra, fotografowane z przodu i z tyłu, od spodu i z boku. Kolorystyczne zdjęcia bańdziocha1089 wraz z zawartością, na najprzedniejszym kredowym papierze, w szał ludzi wprawiały, tak były miłe, a zajmujące przynajmniej jak wnętrze którejś z katakumb późnego Rzymu. Zabalsamowane, prawie nietknięte, więc świetnie połknięte, spały w żołądeczku salteadora1090: ratlerka czarna, czternaście pudów suszonych śliwek, blaszana spluwaczka, udziec delfina, dwie puszki od pudru i dziesięć tomów stenografowanych mów Cziczerina1091).

Mimo tego zderzenia z morskim obżartusem, krążowiec stalowy, wywróciwszy młynka, odzyskał rychło moralną postawę i nadal się spuszcza pomiędzy korali reumatyczne palce, między zwoje płazów, które dygocą i krwawo dymią, jak wyrzucone podczas operacji żywe wnętrzności. Przedziera się siłą przez wodorosty i palmy podwodne, gąbczaste tunele, ślimacze pagody, miażdży tłuszczaki polipów liliowych, pruje włókniaki różowych jeżowców, płoszy rybki sine i kraby zielone, chciwe, durniutkie.

Wszystkie zakamarki żelaznego nurka, który przydomek „Bosiaka Czwartego” w Yetmeyera flocie otrzymał na chrzcie, są rozjarzone elektrycznością. Duszno i zimno. Schłostana para ucieka od kotłów dudniących, dyszących i jak szkolny beksa wyciera kąty, rosząc je łzami. Junacka gromada zbawczych podróżników została zepchnięta do gabinetu pana admirała, który za życia białego cara piastował godność wicekomandora czarnomorskiej floty. Wybitny marynarz, przeszedłszy na służbę do właścicieli Wyspy Zapomnienia, zdołał zachować monarchiczną wiarę, jakkolwiek stryj jego, generał Fruzio, krasnoarmiejcom od lat przewodzi. Na tle politycznym nastąpił rozłam w wojskowej rodzinie. Admirał odrąbał nazwisko rodowe i od imienia swego własnego pseudonim przybrał, brzmiący hierarchicznie i archaicznie: „Kapitan Palemon”. Sam dobrowolnie siebie zdegradował, byle odrzucić jakąkolwiek możność jakichkolwiek związków, nawet we wspomnieniach czy przez omyłkę, z krewniakiem swoim w Sowietach zboczonym.

Dostojni goście, miotani dotkliwie przez nurkującej łodzi manewry, pokotem runęli na sali parkiety, zaścielone szczelnie pąsowym kobiercem z kwiatów pointiana, aksamitnie świeżych. W białych uniformach z zamszowej skóry, z granatowymi szamerowaniami na prawem ramieniu liter sprzymierzonych: ha i ipsylon, z bronią u nogi, służba okrętowa stoi przy ścianach. Wszystkim biesiadnikom podano karafki, po dwie na każdego, w plecionkach ze słomy, obie napełnione wyskokowym płynem, czyli odmianami zdradliwych fermentów zwykłej kukurydzy: atole i chicha. Steward rozpyla w powietrzu perfumy marki „Coryse”, z paryskiej firmy najnowszego kroju, która jest własnością jurnego Douglasa, pana Oderfelda, komediopisarza, zbieracza obrazów, znawcy zapachów wszelkiej wytworności i przyjaciela wielkosalonowwch czy wyścigowych magnatów rodowych.