Kapitan-admirał zasalutował i głosi tubalnie:
— Gaspadin-protektor raczy się żenić. Więc musi być uczta. Uczta, co się zowie. Do białego rana, do nieprzytomności. Wesołuchów1092 kilku zagra malaquenas1093, a potem rozkażę mołojcom-majtkom, którzy bandoleros1094 są meksykańscy, aby pohasali iotas i jarabe1095. Jedziemy sobie na rozkaz panów moich wielmożnych, do serca ziemi, z tym cichym zamiarem, by wykraść stamtąd jakąś złotą mądrość. Na pohybel ludzkiej nieudolności, a zbawcom na szczęście piję pierwszy kielich!
Wychylił duszkiem pękatą karafkę i próżnym naczyniem rozwalił lustro, w którym Ewarysta poprawiała właśnie pozłocone fioki. Spełnili toast uwięzieni goście i zakąsili, niby tartinkami, filigranowymi jajkami żółwi z rasy szyldkretowej (huevos de parlama), które są tańsze od noworodków pospolitej kury. Jeden tylko majtek, jakiś zastarzalec1096 w grzechu geofagii, zagryza ziemią, którą garściami wyjmuje z kieszeni. Inni chleją wódę bez zaprzestania, jak gdyby chcieli uraczyć się szybko i do fondytu1097.
— Nie ma poziomów. Kto widział poziomy i komu różnica ich na co się przyda? — charcze Podrygałow. — Kapitan, ty powiedz, bo jesteś od tego i musisz wiedzieć, czy myśmy głęboko już wpadli pod ziemię i czy nie czyha na nas jakie licho?
Słychać komendę gdzieś pod podłogą, którą pomiata pierwszy oficer:
— Sześćdziesiąt stopni! Dwadzieścia atmosfer! Odchylenie w lewo na siedem sekund! Drugie dynamo! Naprzód wszystkie tłoki!
Meldunek składa admirałowi starszy maszynista:
— Mój kapitanie, według rozkazu już dobijamy do samego celu. Stóp dziesięć tysięcy dziewięćset pięćdziesiąt. Brodzimy w malstromie1098 podmorskich wulkanów. Wszystko wkoło kipi, gotuje się, pieni.
— Naprzód bez pamięci! Było nie było. W samo serce ziemi, w świata tchawicę. Pięćdziesiąt stóp jeszcze osiągnąć mamy, jak mi nakazano, by ludzie z dancingu swoją frajdę mieli i prawdę schwycili, której się zachciało.
Majcherek jest blady. Saperdy robi1099 do Ewarysty i czkawkę tłumi. Mazgajowatym tenorem zawodzi: