Spowiedź niedowiarka

W Santo Tome przed balaskami1118 hrabia Orgaz klęczy. Jest po nieszporach. Mrok fioletowy zalewa wnętrze. Nędzny płomyczek w wieczystej lampce kryguje się, wstaje, bezsilny opada, wyrasta ponownie, parska i jęczy. Dziadek niezdara w granatowym płaszczu, starannie splamionym białą stearyną, odkurza stalle1119 i pociąga nosem, by głośnym chlaśnięciem co kilka minut stwierdzić namacalnie, że jeszcze żyje w tej poobiedniej, kościelnej pustce.

Havemeyer klęczy i dobrze się czuje. Po nocnej przejażdżce w morskich czeluściach, po orgii pijackiej, która się skończyła dopiero nad ranem, kiedy zrozpaczony wspólnik i zbawca łódź roztańczoną z odmętów wyłowił za pomocą sieci radiowych promieni, grają mu pulsa i lekka gorączka wichli się1120 po żyłach. Na kamiennych stopniach jest mu teraz chłodno i niemal błogo. Wręcz mu odpowiada ta zawiesista, grobowa cisza. Poprzez Orgaza najprawdziwszego, który tam w cieniu słynnego obrazu rozparł się na wieczność, naśladowca jego niedobrowolny i przypadkowy... rozmawia z Bogiem. Dziś po raz pierwszy sumiennie, uczciwie. Rozprawia się z Bogiem, którego nie zna, o którym nic nie wie na samym spodzie wsłuchania się w siebie, jakkolwiek był świadkiem gadania o Nim bez liku, bez końca. Pod znakiem wiary rycerską komedię zagra dziś wieczorem. Dokonać może, że tłumy uwierzą, że dzięki niemu będą rozmodlone, że zachwyt z nich buchnie i uderzy w niebo. Uczyni, co może, aby tak było, bo pragnie od dawna pożytecznego służenia drugim, choćby najtańszym, zdawkowym efektem. Niechaj dobrodziejstwo jakieś gdzieś spłynie przynajmniej w ten sposób z kolekcjonera, jako aktora. Jeżeli wiara jest bytu osią, troską najsłodszą i najpowszedniejszą dla rzesz szerokich, to w takim razie jest ona nie mniej podstawą honoru, osłoną prawości, myślenia oprawą każdej jednostki usamodzielnionej, bez względu na to, czy materializmem przejęła się ona, czy tkwi w mesjanizmie, czy optymizuje lub bryzga cynizmem. Wierzę nie znaczy, że nie chcę nie wierzyć, że dociekać nie chcę, czym jest moja wiara i jak wygląda jej siła prężna. Wierzę, to znaczy, że ja cały jestem w ustroniu najdalszym, dokąd sięgnąć może moja myśl własna, najbardziej szalona. Nieprawdopodobieństwo staje się możliwym i prawdopodobną niemożliwość każda, jeśli je spłodzi wiary hojna siła, która jest przymierzem niedocieczonym i nieuchwytnym uczucia z rozumem. On, Havemeyer, pierwszorzędny kupiec, życiowiec, dekadent, smakosz pięknych kształtów, dobrego rysunku... na straszną ślizgotę1121 niedawno się dostał, w jakąś zimną próżnię, między niedowiarstwa cuchnący zaułek, a wiary wschodowiec1122. Odrewniał we wnętrzu wskutek niewygody takiej postawy i niby ułomniak kilkakrotnie upadł, by nieudolnie podnieść się potem i skapcieć1123 do reszty. Lecz ma on wiarę, którą mu chciał wydrzeć zaciekły Yetmeyer. Swą wiarę posiada uczciwą i prostą, którą zaniesie ze sobą do skonu: wiarę, że nie wierzy, Zaprzeczenie wiary może być wiarą. Tę prawdę właśnie wyznaje Bogu, z którym tak dobrze rozmawiać po cichu, bo On wszystko słyszy. Weselny Orgaz to czysty kawaler i bez zarzutu. Do siebie więc wraca dziś kolekcjoner, do swojej niewiary, by mógł być prawdziwie mistyczną zjawą oraz postacią niezaprzeczenie pantomimową.

Przed nim, poza nim, przy skroni, pod dłonią cień jakiś się pęta, drepce słodki szczebiot, łaskocą zadumę jedwabiste loki, tuli się do piersi główka rozpalona, nowo narodzona. Orgaza potomek, kolekcjonera prawowity bachor. A ojciec bezbożnik...

— Nie mogę, nie mogę, nic nigdy nie śmiem poczynać w życiu z krwi mojej chorej. Ty sam widzisz, Boże, Ty sam wiesz najlepiej. Muszę uciekać przed własnym cieniem, który mnie nakrywa i w ziemię wpycha. Niebawem poznam zagadkę śmierci! Po co mam istnienie nowe, zagadkowe karmić i hodować? Pod obcym znakiem zdobędzie dzieciak mój niewątpliwie lepszą nagrodę w par force1124 gonitwie o formę bytu. Co ja mu powiem? Dokąd skieruję? Czy dopilnuję, skoro dogorywam? Gdyby mi dziecię podano do rąk, ja bym je w pieluchach natychmiast udusił, by mnie nie trapiło to ckliwe widmo męki przedłużonej poza granice cielesnej powłoki, która z takim trudem dźwiga imię moje. Niechaj Podrygałow bękarta wychowa, niechaj go ochrzci, połamie mu kości i podskakiewicza światopogląd wpoi. Nic nie chcę wiedzieć, słuchać nie mogę. Nie umiłowałem Ewarysty po to, by z niej matkę zrobić, by zaraz rodziła, jak klacz wzorowa, by mnie pętała ojcostwem wrogim. Nie mogę, nie chcę! Ja dziecka się boję... Orgazie, spełniam przykazanie twoje: przed ołtarz weselny pójdę dziś taki, jaką jest myśl moja, strojny samym sobą, a przez to wesoły i uśmiechnięty i nieskalanie po prostu rycerski. Racz przyjąć, Panie, to liche wyznanie oddanego Tobie i powolnego Twej Boskiej woli niedowiarka wiary. Intelektualnie nie umiem fałszować niedostępnych uczuć, intelektualnie pokochałem prawdę, która ze mnie czyni życiowego tchórza w tej samej chwili, kiedy mnie pasują na pantomimowe widmo rycerza. Niechaj się stanie, co być powinno według prawideł mego człowieczeństwa...

Taniec trzech uśmiechów

Wzorzysty namiot. Wnętrze przyodziane w tureckie szale, chusty, makaty, które Gouzdrez nabył w Wiedniu za bezcen na wysprzedaży Starhembergowskich1125, prastarych pałaców.

Na straży namiotu, po stronie lewej, drzewo Bo1126 sterczy, Ficus religiosa, olbrzym przysłany na uroczystość przez Syngalezów i Klinghów gromadę, zapamiętałych wyznawców Dancingu w Holenderskich Indiach. Pomiędzy listowiem a konarami osiadły obłoki pstrokatych motyli i muszek błyszczących. Jaszczurki tjitiaki1127 do szarych gałązek przylepiły ciałka celuloidowe, przez które widać krwawiące serduszka, rozdygotane, życiem upojone. Przy czubie samym wystrojonej budy, gdzie hrabiów Orgazów herbowa chwała powiewa dumnie, skrzydlate rybki1128 wirują i gonią latające żaby1129 .

U stóp fikusa rozparł się kocioł mosiężnym rumieńcem wyszminkowany, dnem odwrócony. Tuż obok na karle1130 A-to-tso czuwa, tym razem znowu stylowo przebrany za Torquemadę1131 i złotym młotkiem weselne hejnały wybębnia taktownie.

W pośrodku wigwamu muzułmańskiego bieleje ołtarz zwykły, połowy. Na atłasowej różowej poduszce dwie ślubne obrączki. Strzelisty bukiet z samych białych lilii i mirtowy wianek leżą opodal. Dla młodej pary przygotowano szerokie fotele, amarantowe w złoconej oprawie, nieskazitelni potomkowie czasów króla Ludwika, bodaj piętnastego. Od ich podnóża ceglasty chodnik po oliwkowej posadzki marmurach skrada się wężem, który wypełzł na kamienne schody pod same kraty pierwszego piętra, gdzie oblubienicy szafirowa loża. Szpaler utrzymują po obu stronach wyścielonej drogi tresowane ptaki. Dwa rosłe gatunki poustawiane ze sobą na przemian, bystre marabuty, dystyngowane oraz skupione, jak kariatydy1132 dźwigające ciężar, którego nie czują, i kormorany z głodną melancholią starych wyjadaczy w złych oczodołach. Dowództwo sprawują nad upierzoną, honorową gwardią baszybużuki1133 brodate, wąsate, oturbanione, z obnażonymi jataganami1134.