Na białym niedźwiedziu czarny Orgaz stoi. Plecami zwrócony do namiotowej baśni kolorów. Strój aksamitny, hiszpańskiego granda. Emaliowana zaduma oblicza jest okolona pokarbowaną i wyśnieżoną, nieugiętą kryzą. O rękojeść krisu1135 płomienistego, sprowadzonego z wyspy Madury, lewą rękę oparł. W prawicy zwisa kapeluch filcowy z pomarańczowym, strusim pióropuszem. Niedbała duma rycerskiej postawy jest oderwana od przytomności i od baczności na baletowy rozmach wydarzeń.

W nabitych lożach ktoś pokasłuje, ukradkiem nos wytrze lub schrupie migdały smażone w cukrze. Zagajniki fraków i dekoltów łachy poniekąd stężały w lekkim przymrozku oczekiwania. Weneckie latarnie gaworzą u stropu, dwukolorową, towarzyską blagą zabawiając mroki.

Syknął aparat i wnet brzask nastał różowoliliowy. Na środek patio lakierowany i dwukołowy zajechał wózek. Onczidaradhe jako riksha-coolie1136, nędzny, chuderlawy, utykający, a cwałujący i uwspółcześniony, albowiem pojazd jest wyposażony w praktyczny taksometr. Bengalski tygrys, trzyletni mieszkaniec zarośli trzcinowych, na zadnich łapach przykucnął w siedzeniu. Rycząc, powozi. Raz w prawo, raz w lewo. Obok kocura dwuletni malec, lnianowłosy bubek, w koszulinie szarej, z karmelkiem w buzi, bez obawy stoi. Oba pięstuczki śmiało zanurzył w białe podbrzusze czułego rabusia, aby w ten sposób utrzymać w biegu grzeczną równowagę.

Przerażonym damom gęsia skórka schodzi na ramion jedwabiu. Mężczyźni na ogół gorzko uśmiechnięci.

Utknęła trójca ekscentrycznych jeźdźców u wejścia na schody. Tygrys najspokojniej obwąchuje taksę, gdyż chciałby wiedzieć, ile się należy. Dzieciak cmoka smacznie. Riksza rzucił dyszel i lży widownię chrypliwym wrzaskiem:

— Schyłkowce! Kultura nic wam nie pomoże. Nikt z was nie strawi dalszego postępu. Heliogabala1137 wam trzeba, Nerona1138, klęsk, głodu, męczarni, jeżeli nie chcecie hodować nasienia urodziwej wiary na plantacjach myśli kapitalistycznej, rewolucyjnej, jakiejś racjonalnej lub nonsensowej. Oglądajcie pilnie trzy szczęścia uśmiechy: wiary, nadziei oraz miłości, na których polega obrzęd zaślubin między intelektem a czarem przyrody.

Chrzęst żelaznych odrzwi. Wyszła Ewarysta z dziewiczej komnaty, tuż nad schodami. Yetmeyer ją żegna. Panna młoda spływa kaskadą szelestów wprost ku arenie. Wierna podobizna świętej Doroty według malatury Francesca di Giorgio1139. Falista szata z kremowej szarmezy1140, ledwie widocznie na szyi wycięta, udrapowana antycznym sposobem, pod piersiami spięta złocistym sznurem. Prawym ramieniem tuli do łona narcyzów pęki.

Przed żywym posągiem kroczącej wiary tygrys przyklęka i podaje łapę. Oblubienica pogłaskała zwierza po wąsatej paszczy, za prawą rączkę ujęła dzidzi i tak we troje suną do namiotu.

Trzykrotny pokłon czynią przed Orgazem, rytuałem dworskim.

— Małżonku przyszły, czy pamiętasz o tym, że podstawą związku, który jedności narzuci nam pęta, jest nieprzymuszona, gorąca wiara w siłę twórczości, w kosmosu prawa, w istnienie Boga?