— To był uśmiech drugi. Taniec nadziei, która ocaliła naszą primadonnę przed niechybną zgubą. Przez nieuwagę niewiasty często są przy nadziei. Nadzieja świadoma potomstwa nie daje, natomiast płodzi niejednokrotnie naiwną odwagę, która nie razi, a bywa często po prostu niezbędna przy skoślawionej twórczości porodach.

Orgaz usiada, jak Stańczyk w zadumie na kompozycji Jana Matejki.

Skrada się ku niemu śliczna narzeczona. Pełza powoli, na brzuchu, na rękach. Trzcinową kibić bladoniebieski opasał sarong1148, z cienkiego muślinu. Głęboki dekolt ledwie ujarzmia pierwiosnki piersiąt. Z obnażonych ramion cynobrowy szalik w skurczach odpada i wlecze się wiernie. Włosy przytrzymuje bretoński czepek. „Milkmaid” Greuzego1149 przekomponowana na współczesny model. Tamta nieco smętna, a ta się śmieje i zęby szczerzy, w których zaciska najzwyklejszy kozik, to nieodstępne narzędzie zemsty podmiejskich szumowin.

Czołga się wesoło, aż do męża kolan. Tęczę i zorzę radości miota na ponurego wybrańca swego. Stroi szopne minki, grymasi, wzdycha, krztusi się z miłości, chce, by na nią spojrzał. Nóż z ust wypluła z wielkim hałasem i dłoń Orgazową namiętnie całuje.

— Uśmiechnij się do mnie szlachetny rycerzu przyszłości błogiej — żebrze aksamitnie. — Warg twoich radością rozpętaj mój taniec ostatni, przedślubny!

Podniósł się Orgaz niemy, skamieniały. Dziewczę prawą ręką przysłania oczy, w narzeczonego wpatrzone upiornie.

Mistrz ceremonii w białej peruce, sam Igor baletmistrz marszałkowską laską po trzykroć uderza o marmur podłogi i wzywa słodziutko:

— Proszę do ołtarza!

Zbudził się pan młody z twardej martwoty. Za rękę go wiedzie śmiechem umajona jego narzeczona.

— Tędy najdroższy, ostrożnie, za mną...