Trzask bardzo zjadliwy, słup białego kurzu i Orgaz się zapadł tuż przed ołtarzem w czeluści podziemne. Powikłane wrzaski. Widzowie skaczą ze swoich skrytek wprost na arenę. Gnają w jedną stronę i uciekają natychmiast w przeciwną. Alarmy, gwizdawki. Tygrys rechoce w głębi namiotu szatańskim skowytem. Szlochają kobiety. Biją się mężczyźni, by dopaść najszybciej głównego wyjścia. Elektryczny przewód został zerwany i ciemność nakryła miejsce katastrofy.

Wnoszą pochodnie. Na linach, drabinach strażacka placówka z „Camera obscura” konającego wyciąga Orgaza. Nosem, ustami na białą kryzę sączy się purpura krwawej posoki. Czoło sperlone śmiertelnym potem. Yetmeyer klęczy, opadającą podtrzymuje głowę wiernego wspólnika.

— Havemeyer, powiedz w ostatniej minucie, dla dobra wszechświata zapytuję ciebie: czy wierzysz teraz?

— Nie wierzę, nie czuję, najmniejszej nadziei nie zabieram z sobą, nikogo nie kocham...

Przykładny szpaler osłupiałych ptaków stoi niewzruszony, lecz ze zdziwienia kiwa głowami i ogonami lekko wymachuje.

Dawid się zżyma.

— Havemeyer, słuchaj! Dzieje pokoleń najodleglejszych, twórczość, kultura zależą od ciebie. Od tej jednej chwili. Sam pojęcia nie masz, jakie to słowa twe usta składają. W tej chwili dopiero otrzymujesz pełny Orgaza wyraz...

Dźwignął się rycerz nadludzką siłą, rozwarł powieki i uporczywie wzrokiem poszukuje... czegoś, nie kogoś. Ostatecznie dopadł postrzępionych boków zgruchotanego, ślubnego ołtarza. Na białym obrusie czarna gałka jego, niezawodny łącznik z Wyspą Zapomnienia, leży strzaskana. Skrwawiony uśmieszek musnął sine wargi konającego. Świszczącym wydechem spowiada się sobie:

— Nie ginę sam jeden. Ze mną przepada na dnie lodowatym cała kultura poczciwych bliźnich. Z jednej próżni w drugą wdepną zacni bracia. Na pożegnanie słyszę w wyobraźni wstrząsający wybuch pod samym biegunem. Takiej salwy nie miał podczas pogrzebu żaden panujący! Yetmeyer... vicisti!1150 Istotnie rzetelna myśl nie wystarcza, by móc się dochrapać choćby jakiej takiej w sobie równowagi. Trzeba czegoś więcej, co na ogół znane, jako niezbadany postulat wiary, wiary w sens nonsensów. Lat kilku tysięcy zniszczyłem dorobek. Tę samą pustkę, jaką teraz czuję przed śmiercią moją — wam rozpostarłem nad życia barłogiem. Od dzisiaj musicie zaczynać na nowo, wracać do pierwocin. Co będzie z twórczością, skoro poderżnąłem nieodzowne wzory do małpowania i przerabiania? Zostawiam wam jedno: świadomość dziejową, przefasowaną i odcedzoną. Kaszka na mleku. Nic was nie uchroni przed postępowym paraliżem złudzeń. Gromadnie musicie pielgrzymką wracać do siebie samych, poszukując prawdy każdy w swoim wnętrzu. To jest jedyny kosmiczny stosunek do zagadki bytu. Nie idźcie na lep materialistyczno-racjonalnej blagi. Jakże podłe były i jak tchórzliwe narzędzia tortury, zarówno twoje, jak i mej choroby...! Przewlekłym konaniem nie tyle się męczę, ile nudzę, nudzę... Zbawco, masz robotę zupełnie świeżą. Okres przesilenia kulturalnego znacznie przyspieszyłem mym dziełem zniszczenia. Ministrem zostaniesz międzynarodowej myśli odbudowy. Bawcie się dalej. Cały mój majątek przekazuję tobie. Walka miliarderów zawsze się kończy zgrubieniem miliardów po którejś stronie. Jeśli Ewarysta urodzi potomka, godnego Orgaza syna i następcę, bądź mu opiekunem. W najkrótszym czasie staraj się wychować tego pogrobowca na metafizycznie śmiesznego potwora. Nigdy nie pozwól, by się wywyższał, przybierając sobie upokarzające miano człowieka: „pana stworzenia”. To jest warte śmiechu. Jako ojciec chrzestny zabroń mu surowo. Najgorszych bydląt niech skupi zalety i niechaj psoci, by był nieśmiertelny, by się uchronił przed wewnętrznym krachem, gdy zacznie kopcić lampa samowiedzy. Niechaj szuka formy, najsampierw formy, bo twórczy proces nie różni się niczym od nadziewania kiszki pasztetowej. Dobranoc... ludzie!

Na gruzy, wióry i zwoje powrozów przewalił się twarzą opromienioną troistym uśmiechem, który mu oświetlił wąziutkie przejście w krainę ciemności.