Ucałowały Havemeyera na pożegnanie wichrowate łuny łuczyw zasmolonych.
Dobrały się dwie Marysie
Klatka wilgotna, okratowana i zaciemniona, czad od piecyka sponiewieranego, trzeszcząca podłoga, czyli kancelaria sędziego śledczego do spraw najważniejszych. Pan, który powiek nigdy nie otwiera. Dziobate oblicze, w faryzejskim śmiechu skrojonym na wyrost, jest w tym samym stopniu ograniczone, co wyzywające i przemądrzałe...
Urodził się w czepku, skoro afera międzynarodowa, która podważyła porządek świata, sama mu wpadła do śledczej teki między nudne akta. W ciągu jednej nocy zaaresztował trzydzieści osób z dancingowej paczki oraz tygrysa, dla którego klatkę osobną zbudował. Nazwisko sędziego rozbrzmiewa dzisiaj we wszystkich językach. Rigolec, Rigolec powtarza obecnie już każde dziecko w najgorszej dziurze rozległego globu. Nikt w całej Hiszpanii nie wykazał jeszcze tak genialnego, wyżlego węchu.
Woźny melduje redaktora Mizia z najpoczytniejszego pisma „Excelsior”. Siedem wydań dziennie z ilustracjami, olbrzymia płachta, nakład trzy miliony.
Mizio rumiany, niziutki, pękaty, lniane włosięta spomadowane, lakierki, monokl na grubej taśmie, układny, słodziutki i stale zdziwiony.
— Nadprokurator, mój szkolny kolega, skierować mnie raczył do pana sędziego.
— Panie redaktorze, dałem komunikat, nic ponadto nie wiem.
— Właśnie dlatego pragnę mieć wywiad.
— Przed małą chwilą musiałem odmówić koledze pańskiemu, sympatycznemu i młodziutkiemu.