Pshw! Krainę poznałem na równiach Europy zaciszną, rozkoszną, lecz przypłaszczoną niestety gwałtownie dzięki domorosłym tendencjom poziomym, tratującym rozwój niby stado słoni! Państwo wskrzeszone nad Wisłą. Mam na myśli Polskę.
Do Ameryki Europa się zbliża, lecz tylko w dumaniach niesfornych i nigdy konkretnie. Kiedyś na kark nam spadną i grosz zacny za nich płacić przyjdzie, lecz jeszcze nie prędko. Na razie waluty ratują depresję, głównie przy pomocy dewizy pośmiertnej, która za przykładem ziemskiej okazała się również kapryśną i chwiejną. Bądź co bądź przekazów na zaświaty tu nie brak. Dolar podobał się wszędzie i dożył już swojej legendy, w której amerykańska moda na kontynent poszła. Naturalnie i reklamy naszej jaskrawej epidemia nagminna. Nie wiedzą biedaczkowie, kiedy żagle propagandy zwinąć, a kiedy rozpuścić. Dla uczniaków należało właściwie mieć wykład, lecz zbyt wyczerpani są oni swym durnym w nicości pośpiechem, by pojąć cokolwiek. Jakże im powiedzieć, że reklama działa tak jak dyplomacja? Wszelką tajemnicę w żarówek jaskrawym rozblasku przed tłumem natychmiast wyświetla. Motłoch rechoce, szczeremu fałszerstwu hojny daje poklask, unosząc z sobą tajemnicy szkielet, o sercu zapomniawszy, o mózgu zatajonym i o trzewiach. Jedna to jest strona reklamowego rzemiosła, którą nazwałbym: tajemnic ubezpieczanie figlarne. A strona druga taktyki się ima odwrotnej. Oczywistość każdą, prostolinijną konieczność w zarośla zapędza, w zakątek prywatny, w mgiełek i cieniów zaułek poufny. Tam gardziel naiwności poderżnie, zioberko prostoty przetrąci, zaknebluje gębę, zgładzi, ogłuszy, kieszenie wypróżni i na ziemię ciśnie. Na drodze zwyczajnej, na gładkiej, na bezpiecznej drodze wyrwa dla prawdy, zapora, zamach i wypadek... Jest sposób trzeci jeszcze do bałamucenia opinii kadawrem100 prawd wszelkich spreparowanym na cele reklamy. Jest niebezpieczeństw pokorna wytwórnia. Robi się po prostu, z rozmachem bandyckim, jak na przykład wówczas, gdy gna rozhukany Canadian-Pacific ekspres, beztroski dmie przed się, nocką zaś rail troublersów101 zgraja szyny przed nim zerwie, obłupi rozbitków, a sama w sawannach przepadnie. Europejskie półgłówki wielbią bałwochwalczo stanów normalnych wykolejanie bezkarne. Komuny, faszyzmy i inne anarchie. Tutejsze kukluksy102 nie wiedzą nawet, jak arcydzielne być może awanturnicze rzemiosło; im się zachciało masowej fabrykacji tandety zyskownej, którą jest dzisiaj zwyrodniałe zbójnictwo idealistyczne. Starają się te kupczyki marne, by vulgaris opinio103 do stóp swoich zwabić (łzą, częstunkiem, groźbą), po czym zaraz kopnąć, w ślepie napluć, już „w imię państwa i jego godności”, następnie stale bezcześcić, plugawić, tajnością reklamy ślepić nieustannie, powszechnością zaś zdarzeń przekrwionych trapić i przerażać. W ten sposób bowiem najłatwiej do kieszeni prywatnych znaleźć dostęp. (Urywek z zamierzonego dzieła o reklamie, o dyplomacji i o figlarnych przewrotach w państwach bezrobotnych. Rozdział pierwszy poświęcony rentownemu poskramianiu jednej ludzkiej bestii przez bestialskość gromadną). Wiemy, czym to pachnie, od dawna, nieprawdaż? Kiedyż tutaj na to wpadną?
Przed wojną przez ramię spozierali na nas. Dziś sobie froterów104 przyswoili grzeczność, wcale niedyskretną. Już nikt się nie chełpi kulturą odwieczną. Każdy ją sprzeda za pieniądz stateczny. Paskudna to rasa taki homo przyszły. Można go łatwo sobie wyobrazić po ojcach dzisiejszych. Homunculus105 raczej: trochę terakoty, nieco aluminium, sporo gutaperki106. Fizjonomii żadnej. Klinowego pisma tajnym abecadłem są ludzkie sylwetki. W całości romboid107 przeważnie uparty. Profil tu się skrzywia, jak przyrząd chirurgii-filutki, tam znowu w nudne popada meandry, ówdzie zaś wreszcie w złośliwe akanty, en face108 z reguły demoniczna plama, co pluszem połyskuje mizdrzącej się pleśni.
Taki to mniej więcej gagatek, obywatela miano przyjąwszy przesadne, staje przed panem szarozielony, wychudły, wciąż senny, odziany mizernie i ględzi: „Co tu dużo gadać, panie dobrodzieju, nikt nie zaprzeczy, że na polach Belgii, Francji i Polonii (!) rozstrzelano naszą wiekową kulturę. Jesteśmy sami. Zbyt wielką dziurę wydrążono w naszej ukochanej cywilizacji, byśmy mogli załatać ją dzisiaj. Nie pozostaje nam nic innego, jak skupić się nad stworzeniem nowych (!!) stosunków normalnych (!!!)”.
Co oni pod tym skupieniem rozumieją, nie zdołałem dociec, do czego zaś ma służyć ta normalność bezwzględna, również nie zbadałem. Dość, że skupiają się rzeczywiście w kłótniach i debatach nad ustaleniem formułki, która upraktyczni najczelniejsze109 utopie. Wszystko, co obecnie przypadkiem uda im się zdziałać, wnet zatapiają w próbnych kombinacjach, do rezultatów bowiem dążą ci kanciarze jakichś doskonałych.
Pocieszne jest to kręcenie się w kółko ludzi z odstrzelonym ogonem cywilizacji. Przestali powoływać się na swe wynalazki, na naukę swoją czy na sztuki piękne. Spodziewają się postępów pewnych jeszcze po chirurgii (dzięki niebywałej praktyce wojennej), niekiedy również i na chemię się zagapią (wskutek przygotowań ukrytych, namiętnych do wojny następnej), i do baletu garną się gromadnie (niejeden bowiem taniec szkieletów ujrzeli na pobojowiskach, ocalonych zaś pląsy na grobach poległych odznaczają się stale bogactwem radosnej inwencji).
Współczesny Europejczyk jest skandalicznie spoufalony z tymi wszystkimi ostatecznościami, od których dotąd dzięki dawnemu poszanowaniu dla cywilizacji był oddalony na odległość przystojną, dającą odmierzyć się zawsze miarą: schludnego uczucia i myśli sumiennej. Dziś obywatel tutejszy za pan brat jest z każdym, z geniuszem, bohaterem, z milionerem, władcą i z opryszkiem także. Nie dla poczucia równości powszechnej dba o obcowanie z każdym, ale dla kariery swojej własnej, by móc ujrzeć siebie, którego zapomniał, naprędce, w schlebstwa i splendoru wypukłym zwierciadle.
Nieznośne, już rozpaczliwe po prostu jest to wszystkich wobec wszystkich śmiercią żonglowanie! W symptomie tym właśnie główną przeszkodę dostrzegłem, by mógł się odrodzić kontynent i zbliżyć kiedykolwiek do świata nowego. Wszak sens Ameryki i jej demokracji niczym nie jest innym, jak przeciw śmierci przeczułym, zbiorowym wysiłkiem, pomyślanym trwale, wykonanym dzielnie. Komu by u nas kiedy na myśl wpadło, by życia nie wyzyskać pełni, nie dojrzeć do śmierci?
Parweniuszów powojennych wobec śmierci nonszalancja, a raczej arogancja źródło ma swoje w zaniku kultu dla cierpień fizycznych. Demokratycznego skutki bohaterstwa. Namnożyło się okazów bez uszu, czy nosa, pozbawionych ręki, na kulach drewnianych, oślepłych, z jedną trzecią czaszki. Wszędzie występują z skromnością pyszałków. Nabyli przywileje, pomnożyli prawa. Ostatecznie jednak nie najlepiej wyszli na swym poświęceniu i bywają głodni. Może i dlatego nigdy nie wiadomo, czego im się zachce. Byle gwałt wszczęli, a już płaci każdy. Nikt jednak nie chce dbać o nich stale. Wszyscy się korzą przed lichwą kalectwa, lecz w serca skrytości nie znoszą ułomnych i są na nich wściekli. Jasne, że cierpień już nie mogą szanować fizycznych, gdyż są zbyt codzienne i nader kosztowne.
Zniknęły jednostki. Z wnętrza własnego nikt nie piśnie słówka. Słuszne to tylko, co uradzą bandy. Głupstwa się dzieją wyłącznie gromadne. Same obchody, meetingi, sesje i kolegia. Ludzie bez ludzkości, ludzkość bez kultury, kultura bez historii, historia bez twórczości. Sądzi Pan, że uda mi się przy pomocy religii i tańca (z mądrości i okrucieństwa nadprogramowym dodatkiem), jednym słowem za pośrednictwem dancingu z powrotem nawiązać porwane ścięgna, które muszą łączyć historię z jej ludźmi i twórczość z historią?