Otóż wstęp. Pierwsza plansza. O narzędziach konstrukcji: Logos117–Epos 118. Spotkanie człowieka z przyrody jednością. Przyrody wielmożnej na prymityw człowieczy brutalne natarcie. Pęknięcie dziewiczej błonki świadomości. Kwilenie ludzkich dzieciąt na istnień udrękę. Słowa pierwszego niepokalane poczęcie.
Logos podrasta i krzepnie. Poprzez wrzasków puszczę młodzieńczych marzeń skradają się szepty. Niedźwiedź cofnął się grabieżnik. W jaskini logos przebywa z myślą noworodkiem. Maczugą wnet włada, dzidą, katapultą. W moczarach na palach zbudowano wigwam.
Już się logos nie broni. Napada i gnębi. Wszczyna afery, żywioły okrąża. Kolejno następują: uprawa gleby, ogień na kominku, w ogródku rezeda, w obórce zwierzęta. Popularny zamach myśli twórczej na przyrodę gnębicielkę. Więc i logos zmężniał. Awantury człowieczej już stałe narzędzie.
Tymczasem pater familias119 wypatrzył sobie niebo i spamiętał, po czym uległego Boga nad sobą umieścił. Natychmiast zakrzątnął się logos i w skręty modlenia czujki swoje wetknął. Gdy zaś woje zwaliste przed chatą na darni z dalekich wypraw nieprzebrane rozpostarli wieści, już logos łuczywem wywija sromotnym, purpurą się mieni, oślepia bursztynem, miodem słodzi wargi, żyzne słońce prosa z garści od niechcenia przesiewa do garści. Nabrzmiewa logos, grzanego zakosztował piwa i dziwów jest żądny. Płód niewątpliwie jurnej płci męskiej.
Tuż za nim epos na tej samej planszy. Płodem jest logosu rodzinnych instynktów. Wszędy z człowiekiem obaj razem dążą. Konstrukcji uczestnikiem niezbędnym z nich każdy. Gdzie człowiek nie dotrze, co na świat nie przyszło, ku czemu się skrada niepamięć pochopna, wynypie120 wnet epos, dla potomnych porwie, zagarnie w zanadrze, wychucha, rozbarwi, mleczem roślin skarmi, szarym spęta płótnem. Nad rankiem zaś widmo urojeń kudłatych i głupawych tęsknot, widmo jutra z woskową gromnicą w zaśnieżonej dłoni na weselisko porodowe zdąża, między psubrać krwawą, co butem pijackim białego mazura na zsiniałem łonie splugawionych niewiast uroczyście tłamsi. Dziś-dziś-dziś, dziś-dziś-dziś. Wielki festiwal fantazji gromadnej, bardzo krzykliwy i nieco cuchnący. Epos się trudzi dla samego jutra, religioso121zakonu nabożnej przyszłości. Opoje powszednie żłopią nadzieję sensacji, a widmo wyobraźni dobija ich baśnią. Seledynowe migotają brzaski, po paznokietkach wyświechtanych ślicznie ślizgają się duchy, zmory, okropności i nadzieje drobne. Rozślinił się pająk upiornej powieści, omotał ich wszystkich. Zachwyt jest ogólny. Rzygają z radości. Większość uwierzyła; łatwiej, ciszej zemrze. Nieliczne niedowiarki z przejęcia już chrapią. Logos, który stwierdza sekund pospolitość oczywistą, pomaga epicznemu krewniakowi i ostrożnie milczy. Eposu triumf beznadziejny...
Dzisiejszy epos jest już fabrycznym przybytkiem, urządzonym skromnie, gustownie i na wskroś praktycznie. Gmach nowoczesny, wygodny, jak pasaż przechodni, jak hala targowa... rozległy. Wnętrze rozmyślnie jest puste. Nikt tam nic nikomu nie powierzy nigdy, nikt niczym nie straszy, ni też zwabić pragnie. Kiedy nadchodzi zaś pora właściwa, aby wszcząć gadanie i zemleć „jutro” z obieżyn wczorajszych, co jest eposu sensem najwłaściwszym, wejściem z lewej strony na ceremonię ludzie napływają (poprzednio własnej myśli pozbawieni zgrabnie!). A prawą bramą po stronie przeciwnej fabuła uchodzi przefasowana w sensacji druszlaczku, w opakowaniu starannym, wielkiej nudy ekstrakt, jako teza foremna, aksjoma122, z wyjątków regułka, z problemów mikstura, proszek czy pigułka, również jako kostka w wodzie musująca, lub jako konserw hermetyczna puszka ukrywająca majonezy harde czy galaretki, które cierpią stale na nerwowe drgawki. Jak młynek na kawę czy tarka na ciasto przeciera epos życie na abstrakcję, spala swych ludzi, przetapia ich mózgi i serca na miazgę przerabia. Pod jaśnie zmatołczałym ciśnieniem wydawców, które jest przemożne, proces chemiczny rozwija się gładko. Epos współczesny jest więc krematorium surowych pomysłów, a równocześnie zgrabną obrabiarką ulicznego hasła: „wszystko tak, jak w życiu!”. Samo zaś życie gdzieś sobie fruwa, jako bezdomna, idealistyczna, nieprawdziwa gadka. Niejednemu półgłówkowi stanowi epos teren zebrań towarzyskich jedynie wytworny i zawsze uchwytny.
Poza siekaniną napapryczoną i ciężkostrawną pomnożycielem jest epos przygód międzyludzkich lub, gdy się spiera niemożliwe kłamstwo z szczerą możliwością, w zatargu sąsiedzkim bezpłatnym bywa rozjemcą, a również namacalnych pozorów rzeczoznawcą zgubnym. Dodać należy, co złośliwi twierdzą, że jest historii doradcą pokątnym i że od krytyki dość często przyjmuje łapówki.
Behold!123 Z kolei plansze podsuwam następne, w których się toczy sama sprawa główna. Trzy fazy są różne myśli konstruktywnej, stąd też trzy style nadziemskich budowli. Dziewięć jest tablic, na każdą fazę przypada zatem ilość ich równa. Słusznie więc nazwałem tę część pracy rdzenną:
TRZY PO TRZY.
Streszczam najogólniej: