— A ci tam na dole, którzy nic nie widzą i nic nie mogą dowiedzieć się z tego, co jest na scenie, po co oni stoją i jak długo jeszcze tak wystawać będą?
— Oni się oswoją z poznaniem niczego. Czas jest potrzebny i tresura wzroku. Nic kiedyś ujrzą, a wówczas zaćmienie życiowej pustoty i napełnienie nadejdzie oddechu przez zrozumienie myśli niewidomych. I bliższe będzie zbawienie na ziemi...
— Zabiorę do głowy, co z sobą przyniosłem i co pochwycić mogłem tutaj trochę, i pójdę do domu.
— Ty do Jehowy, ja do Ałłaha, każdy w swoją drogę. A przy atletach zostanie reporter. Ten wytrwa, o wytrwa do samego końca i fałszów napłodzi, które spienięży za cenę prawdy sprytnie zabłaźnionej. Najchętniej z klatki kopertę by wykradł i stał się zwycięzcą, gdyby nie ta kobra. Czas nam uciekać, by z moralnego pismaków zakonu ktoś nas nie dostrzegł i rewelacji patridiotycznej, obowiązkowej, nie spreparował. Chętnie zabiorę cię spośród tłoku nieznacznym sposobem, lecz derwiszowi nie odmów jałmużny i do mej kaszkul (miseczki nadobnej) skromny wrzuć datek.
— Fuj! Niby pan fakir, a taki żebrak. Ja sam nic nie mam. Ledwie kilka rubli i nieco dolarów. Skąd wziąć i po co? Niech mnie Pan Bóg ukarze, jeśli ja panu mogę dać cokolwiek. Już wolę zostać. Widział kto taki sromotny interes? Niechaj mi zeschłe kości tu połamią, ale płacić nie chcę i wcale nie mogę.
— Jak rabbi woli. Sallam aaleikum!209
Tu Abu-Seif zeza w brodę puścił, żółty wdział cylinder i wymamrotał: „Allah akbar!”, czyli: Bóg jest wielki. Po czym: „Allah kerihm!”, czyli: Bóg zna łaskę. W końcu z wejrzeniem na Żyda gniewliwym: „Allah iharkilik!”, co jest przekleństwem wcale niedwuznacznym i znaczy mniej więcej: nie chciałeś dać grosza, więc niech cię Bóg spali. Gdy zaś już skąpca do dżahanna210 wysłał, raz jeszcze na scenę, na daddżala211 spojrzał i jak dymek zwiewny mimo ciżby... zniknął.
Rabbi zaś westchnął, poprawił pejsy, językiem mlasnął i głęboko usnął.
Finish jest meczu, finale rapsodu idiotów współczesnych i komentarza do teki graficznej.