— Pomysł przychodzi do mnie już gotowy i tak długo dręczy, dopóki woli jego nie wykonam. Wpada do głowy, przeze mnie przechodzi i wylatuje. Natura moja o nic się nie stara, nic nie wymozoli. Ja zawsze czekam, co ze mną być może i to jedynie zawsze mnie zajmuje. Jestem sam z sobą o każdej godzinie i nic mnie nie zmieni. Wszystko mi jedno, co o tym ktoś powie. Żadnego więc wpływu wywrzeć nie jest w stanie choćby najbardziej cudacka komnata.
— Samo zawiązanie pomysłu przez życie bardzo mnie zajmuje... — nalegał Yetmeyer.
— Od Ewarysty wziąłem mój balet.
— A szczo, ja ne skazała!485 — z dumań ocucona Praikseda wpada.
— Z waszego zbliżenia twój koncept wytrysnął? — zaniepokojony dancingu władca zeznań się domaga.
— Z nieporozumienia, z pogwałcenia gwałtu.
— Pan ją namawiał do samczych swych zachceń?
— Durnego słowa jednego nie pisnął. Bo oto tak przyszło. Siedzę w garderobie, a ona się zjawia. Nie widział jej jeszcze. Stanęła pod ścianą, ręce po sobie opuściła skromnie i ani rusz bliżej. Trzeszczaki486 cudne wypuściła na mnie i krew w żyłach praży. Więc moje skośne zapłonęły świeczki. Pod spłaszczonym czołem gwałt czerwono błyska. Zziajanym spojrzeniem przycapiam dziewkę, zagarniam ku sobie, zdzieram fatałaszki, koszulkę, koronki, na strzępy marnuję. Widzę, już słyszę, nagie piersi dzwonią, dziewicze łka łono w oddechu falistym, zawstydzone włoski pod pachę zmykają. Rozgorączkowany, unieprzytomniony, żądzą schlastan jestem. Samczemu pragnieniu pośladów dziewiczych ochłodę mięsistą nakłonić bym pragnął i wycałować wszędy, gdzie nie można. Widzę jak jutrzenka wschodzi na skórce puchem rozśnieżonej. I pytam sam w sobie: Po didka tu przyszła, na próżno, tak sobie? Po co więc tu stoi? Igor od czego? Łakome ma dłonie. Zagarnie, pochlipce...
— Zawsze smakuje to, czego się nie ma. Styl masz obrazowy i malujesz wiernie twoje utrapienie. Słucham, gdyby ustęp z rozprawy cenionej doktora Nifo487 o aragońskiej Joanny488 wdziękach, kiedy w De Pulchro et de Amore489 zwiedza nagości ukryte zagony, gdzie rozkosz szczególną sprawia mu „venter”490 i to „sub pectore decenti”491 w dodatku. Ale, ale, proszę — dokończ awanturę. I cóż Ewarysta? — rozchmurzony zbawca łaskawie klepkuje.
— Ot i nic z tego. Próżno sobie dumał. Ona... milcząc, mówi. Mówi, że nie chce, że ani się jej nie śni. Źrenice przyćmiła rzęs długich sitowiem. Wcale się nie boi i wzrokiem wprost godzi. Łypią sine białka, wrogie, jak upiorne świtanie marcowe. Podrzuciła głowę, gardziel w skurczu stoi. Rozdziawiła usta, zazielenione, złością naślinione, opuszczając dolną, pogardliwą wargę. Kabłąkami ramion podpiera biodra. Nogi rozkraczone. Kibicią chyboce. W pęcinach przysiadła. Jest ladacznica zaułków wzorowa, w której się czai czystości królowa. Wyuzdany kaprys cnotliwych nawiedzin gotowy do skoku. Opadły listki dziewiczego łona, spachniało pąkowie. Wiotka została i chwiejna łodyżka, a w niej sam już taniec... Tu oprzytomniałem i odesłałem me pożądanie jakąś boczną drogą. Wtedy balet powstał. Miłosną klęską pożywiłem rozum. Zaraz pomyślałem: niech Ewarysta na sam początek zatańczy siebie, tajemnicę swoją. I zmatowiałym, znudzonym głosem, zacząłem jej prawić, co trzeba zdziałać, by swoją przyrodę mógł powołany zatańczyć człowiek tak właśnie, jak ona, silnie obdarzony gestów zasobem i najuczciwszym, rytmicznym żywiołem. W każdym ludzkim wnętrzu są przeciwieństwa, które z sobą walczą i życia właściwą stanowią urodę. Zdarza się jednak, że dwie siły wrogie są sobie równe i zmóc się nie mogą. Wtedy stworzenie na miejscu wiruje, ma w duszy młynek i tylko przez taniec objawia się drugim. Sztuki jest rzeczą, boskiej czy diabelskiej, pierwiastki przeciwne wygmerać trafnie, a potem krzyżować, na przekór łączyć lub swobodnie judzić. Artysta dojść musi do swego wyrazu nieomylnego, bezwzględnie własnego, inaczej zagubi myśli nieśmiertelność wśród znikomości doczesnych natłoku.