— To słuchać lubię, to jest mój postulat: konieczność wyrazu! — opiekun dziejów radośnie miarkuje.

— Więc Ewarysta. Co tu dużo kręcić! Przyrodzony problem przedstawia się prosto: w ciele rozwydrzonym, w dziewiczych tęsknot rozpustnym kielichu, cnota pasożyt, cnota nowotwór, niby uparta zasiadła biedronka. Jedność dziewczyny jest rozdwojona. Powstaje kłótnia. Morał zaszczepiony przewagi szuka nad pędem instynktu. Proszę spróbować i podsycać walkę, a z zawziętości nieposkromionej i z braku zwycięstwa urodzi się obłęd, kształtu pozbawiony. Lecz można przeciwność również ułagodzić i dziwność rozpętać. Tu miejsce na taniec jako dzieło twórcze. Sobie ze swojej męki zabawę stworzyć i przy sposobności zaniepokoić natrętnych bliźnich, oto sens najgłębszy jest artystycznych, szlachetnych widowisk. W taniec, Ewarysto! Najwięcej wdzięku nabędzie cnota, gdy się z rozpustą swą własną pojedna. Taką niemożliwość należy tańcować. Dowód trzeba złożyć, że nie są pląsy przejawem instynktu, lecz zrozumieniem samego siebie, swej świadomości porodem uroczym, zgrabnym i zwinnym. Tak powstał mój balet.

— A ja wam każu, co dziuba492 jest chytra i co chapanie urządza sobie na Podrygałowa... — stęka Prakseda, groźnie nastroszona.

— Obawiam się bardzo, że jednak tak nie jest. Czułbym się niemal że uszczęśliwiony, gdyby tak można przed wystawieniem Wesela Orgaza dziewicy popędy nieco pomącić i zbakierować, by przed skupieniem tych namiętności na beznadziejnym i obcym mężczyźnie nasz balet ochronić. Havemeyer groźny. Jeszcze nic sobie z nas nie przyswoił, a zdobywczo piękny. Dziewicę nam sprzątnie. Ona się dzisiaj ze swą cnotą pojedna, a gdy nadjedzie wspaniały Orgaz, tuż przed weselem gotowa tę cnotę jemu ofiarować. Zaś założenie mojego misterium wymaga dziewictwa! — Yetmeyer dziawoli493.

— Dla samego stylu byłoby zbawienne, gdyby tak można jej czystość dochować — przyznaje Igor. Chciałbym tańcownicy najwyższą miarę jej sztuki przyswoić. Dzisiejszy balet zaledwie jest wstępem do tej kompozycji. Dryndać494... to znaczy właściwie nic nie chcieć, zwłaszcza od życia, które nas otacza. Ta zasadnicza w tańcu postawa klasyczne linie uzyskała jeszcze za najdawniejszych, starożytnych czasów, na płaskorzeźbach egipskich nagrobków i na starogreckich malowanych wazach. Głowa, ramiona, biodra i golenie odmowę tylko wypowiadają dla mdłych powabów, którymi życie rozprasza zwartość człowieczego ciała. Tanecznica, tancerz to utwierdzenie osamotnienia wobec zaczepki wszelakich żywiołów, a równocześnie to wybuch wulkanu, który lawą miota na otoczenie, na wszystko co żywe, by ostygnąć w sobie i pozostać głazem. Taniec to monolog myśli oświeconej, hodowanej w cieniu, publiczna rozprawa swojej mądrości z miłością własną, ale bez osłonek, bez wątpliwości, czy możliwości tak zwanych pozorów. Przed tańcem nikt nie wie, dokąd dotrzeć zdoła w głębi świadomości, po tańcu zaś czuje, że wiedzę o sobie niebacznie pochłonął...

Incydent na dole, na samej arenie przerwał Igorowi jego teoremat. Nafciarz, zaproszony przez czyjąś protekcję, wyzywający dyrektor koncernu do wytwarzania półsmaczków potęgi wielomiliardowej, opuściwszy stolik, przed zawieszonym sadhusem się plątał i sensację wąchał. Żadne upomnienie nie skutkowało, aż zniecierpliwiony i zamodlony Onczidaradhe natręta w kark grzmotnął. Przysiadł na ziemi głowacz finansowy. Ruszyć się nie chciał, żądał satysfakcji. Ściągnął do siebie w dancingu obecnych przedstawicieli eksportu drzewa, manufaktury, zapałek szwedzkich i narodowych trustów dziennikarskich. Semickie twarze z Polski, Jugosławii, Czechosłowacji, Niemiec i Austrii. Nieposzlakowane smokingi z Wiednia, z Berlina monokle i torpedowe pociski cygar. Szachrują ze sobą o wynalezienie formułki zgrabnej a pojednawczej, która zaspokoi pana potentata przylepionego do zimnej podłogi i zawodzącego, że wskutek upadku obie zwichnął pięty. Konsul generalny Wielkiej Brytanii, rozmiłowany w obronie Syjonu, grozi, że odejdzie i więcej nie wróci do tego zakładu, w którym biją Żydów, a nie przyspieszają likwidacji sporów, jak nakazuje przykład Palestyny. Zatarg się zaognia, zwłaszcza że Yetmeyer jest zachwycony groźbą konsula i głośno ze swej loży przedstawiciela Anglosasów wzywa, by sobie poszedł do samych stu diabłów. Nagle punkt zwrotny. Poturbowany genialny dyrektor, słysząc, że do Żydów został zaliczony, dyplomatę prosi, by nie folgował wzrokowej omyłce i protest cofnął, gdyż zatarg nie wybuchł na tle antysemickim, albowiem w dancingu nikt nie wynajdzie mu jednego Żyda. On sam pochodzi spod Chodorowa i jak należy jest dobry protestant. (Rytualnej rzeźni szefem jego ojciec był w Żydaczowie, lecz nikt o tym nie wie, gdyż przechrzcił nazwisko). Po deklaracji tej wyznaniowej poczuł wigor w piętach i co tchu ruszył na swoje miejsce, unikając dalszych dotkliwych posądzeń.

Walka z bykiem na stokach obłędu

Przeszkody już nie ma, balet się zaczyna.

Byk najprawdziwszy, ale nie żywy, na kółkach tylko. Czarny i barczysty. Pod światło: metalowosiny. Mgłą zakurzone, zawstydzone ślepia. Czyste arcydzieło naturalistycznej orgii podobieństwa.

Na byku cnota, czyli Ewarysta. Wjeżdża zemdlona. Przez wpół przerzucona. Bezwładne nogi, zesztywniałe ręce. Adamaszkowa przeziera nagość spośród muślinów. Drgają draźnięta495. Spąsowiałe węże z kwiecia cyklamenów od stóp uśpionych przez kibić dziewczęcą wpełzały do gęstwi włosów rozpuszczonych i w ołtarzowej ciemni przy głowie pobożnie płoną.