Pogania byka, właściwie popycha, horda cielsk męskich, spotniałych, stłoczonych. Karczydła, plecy są pręgowane śladami biczów. Schłostane tyłki są nacętkowane dymienicami496 ciemnobrunatnymi. Ryczą, ujadają, bełkocą, stękają, charczą i spluwają. Wciąż podskakują, jak gdyby po wrzątku szkliwa stąpali. Łuczywa smolne dzierżą w lewych łapach, prawice na oślep z basiorów497 chlastają. Wzdęły się gardziele żądzami zatkane. Olbrzymie wole wciąż nabrzmiewają w sylenim498 chichraniu499. Śmiech parska ogarów, jak gromnic nad trumną ckliwe dogasanie. Na cypkach500 zbirów gałązki dębowe, lnu wiechcie suszone, lisiury dyndają, jako przyzwoitki. (Moralność policji nigdy nie jest czuła, ale bywa czujna).
Wreszcie byk przemawia. Ryknął z głębi trzewi. (Zakulisowy to efekt zwyczajnie, ale w tym wypadku do samego wnętrza zwierzęcia aparat wstawiony został, gdzie działa sprawnie).
Cnota obudzona z byczego grzbietu zwiewnie zeskakuje na taneczne podium, oczy przeciera. Westchnęła, w czerń wgląda.
Spotkanie z rozpustą.
Widzi wywieszone brytanów jęzory, obleśne, łakome i zaślinione. Mordy wykrzywione skurczem półuśmieszków. Ślepia wytrzeszczone, lubieżnego śluzu polewą omglone.
Ucieka cnota w głąb hardego wzroku. Dziewicza postać tężeje i krzepnie, w kobiecy posąg wyrasta, dojrzewa. Zewsząd niewinność z pomocą śpieszy. U stóp nieskalanych walczącej dziewicy podwójny szpaler dziecinnych irysów, liliowokremowych kiełkuje, zakwita. Spod natchnionych powiek posiała cnota przerażenia ciszę. Przed rozpustą ciała chroni się pannica. Na oczach widzów przeistoczenia ona dokonywa i w mumię weszła. Z crêpe de Chine501 zwoje są powłóczyste i otulają cnotliwe widmo, odpływające z widowni powoli, wirowym ruchem, jednak posmutnionym i na pół sennym. Głupio się gapią nadzy rozpustnicy. Gnają za zjawą umykającą. Na scenie zostały: głodne milczenie ciżby ujarzmionej i rozpachnione, przeczyste lelije502 (wśród tych ostatnich Podrygałowa dziewczynki rej wodzą).
Zmiana przychodzi, nowa ewolucja. Cnota-matador w czarnych aksamitach i z krótkim warkoczem. Rozprawi się z bykiem, z umiłowaną rozpusty podnietą.
Kroczy namaszczona, gnie złotą szpadę i chustą czerwoną ptaszę serca chroni. Golasów zgraja wciąż byka szczuje, w takt przytupuje bosymi nogami i wciąż głośno ryczy. Na kolana padły i więdną irysy. Byk się namyśla, przy tym kołysze. Krwią zachodzą ślepia. Wali ogonem. (Mechanizm jest świetny).
Nic się nie boi sztucznego zwierzęcia dziewica pogromca i w otoczeniu torreadorów (Igora synowie!) taniec wykonywa, zadając pchnięcia. Lecą pioruny przez szpadę wzniecone, a nagie samce głupkowato wyją. Cios jeden, drugi i byk zwyciężony. Łeb nachylił chmurny i na przednie łapy pokornie przyklęka. Rzyga krwawą strugą. (Elektryczna skrytka, w czas przyciśnięta, przedśmiertny proceder świetnie imituje). Muzyka przedrzeźnia skowyty żałoby z motywem zwycięstwa. Cnota wyzwolona od prześladowcy i od ciemiężcy.
Ostatnia figura z scen kilku złożona. Byk już nie żyje i leży w pośrodku areny zniszczonej. Na nim kilka ptasząt zaciekawionych i lekka pozłota słońca z reflektora. Cnota tymczasem koszulinę wdziała i kusą spódniczkę. Pasterką jest teraz koźląt na ustroniu. Przekorne stworzonka troskliwie zagania i na scenę wpada. Zamordowany widzi znak rozpusty, który — nie wiedząc — skrycie miłowała. Nudzi się bez wroga i czuje zbyteczny ciężar swej istoty.