Do byka przypada. Szyję poległego oburącz objęła wydłużonymi, smutnymi ramiony. Główkę przytuliła do martwego pyska. Samców hałastra respekt przed nią czuje. Przylgnęli do ziemi i przed pastuszką czołami w podłogę biją, jak w cerkwi. Z czupryn rozczochranych lecą źdźbła słomy i kruszącego się błota oblepki.

Cnota się porwała z przepastnej zadumy. Rozpacz nią miota. Na czole pastuszki blizna-tęsknica nagle napęczniała. Publicznie zgrywa zabójstwa pokutę. Spódniczkę zdziera, koszulę odgarnia i bezwstydnie naga, szalona, zziajana, szlochem opętana, wokoło padliny po trzykroć cwałuje, na krzyż się rozkłada, głową piasek zmiata, twarz, piersi i dłonie kadawru posoką umorusała. Chwyta ją chrzypota503. Już wolniej derdoli504. Zaklęcia wypluwa, aż zbąblowana505, na jednej stopie, przystaje wsłuchana w krwi własnej poszumy. Uśmiecha się czule... Już będzie grzeczna, już przyłapała wspomnienie rozpusty na śmierć zakłutej, przyłapała w sobie i pokonała żałobę za bykiem.

Odtąd we dwoje, choć w jednej postaci, cnota z rozpustą idą w świat szeroki. W menueta drygach na grzbiety wstępuje kornych niewolników, którzy przyległym do ziemi koliskiem głucho warują, ociekając potem, z nienasycenia wzdychając głęboko. Spokojnie, wytwornie jedwabiste stopy z jednego podnóża na drugie lansuje. Idzie skrwawione, cnotliwe zjawisko, a oni, swe karki schyliwszy wyrodne, żebrzą antyfonę drewnianym szeptem, jak próchno trzeszczącym i nie wiedzieć kogo o litość proszą, na jutro, na potem, na to, co być może. Altówki, flety — lepkie sploty dźwięków składają, zwijają, niby warkoczyki do ślubnej fryzury. A łomot modlitwy zlęknionej hołoty wciąż w przestrzeń goni, jak tarabanienie bębnów na stracenie, jak katakumbowe pierwszych chrześcijan szlochy, jak wód wiosennych złowróżbne dudnienie.

Wskrzeszone łzami Ewarysty — cnoty dźwignęły irysy dziewicze gardziołki i połykając ciekawości ślinkę, wytknęły na świat swe perkate noski.

Pojednała się cnota z rozpustą.

Wstępne umizgi do wrogiej konstrukcji

Zabronione brawa, o czym uprzedzono zachwyconych gości. Scena ociemniała. Dancing się wyludnia. Gdzieniegdzie po kątach pijący samotnie. Sadhus się wymodlił, przy pomocy drąga przybiera ponownie najzwyklejszą pozę. Podbiega Yetmeyer.

— Zapytać mi wolno, o czym ojciec myślał?

— Rozważałem wszystko. Do wniosku doszedłem...

— W sprawie dancingu?