— Czego się zachciewa! Te same pogróżki, które były w liście do Havemeyera.

— Próba objaśnienia i przekonania.

— Mogę oświadczyć: mój klient przyjmuje wyzwanie twoje.

— Wezwanie wysłałem. E a nie Y. Ta jedna litera gruntownie charakter zamiarów mych zmienia.

— Dziś w nocy jeszcze zadepeszuję do kolekcjonera, by zaraz przybywał. Chciałbym przed kongresem dopiąć pogodzenia dwóch waszych systemów, którymi religię nowoczesnych światów pobudzić chcecie do objawienia.

— Balet wpływ wywiera: pojednania próby ojcu się zachciewa? Niechaj i tak będzie. Pamiętać proszę przy wykonaniu, że reprezentuję cnotę w mej osobie, konkurent... rozpustę.

— Lepszą część wybiera sahib dla siebie. Jest nade wszystko zwycięstwa spragniony i chciałby z góry je sobie zapewnić.

— Wesołość mnie zbiera na myśl o przyjeździe rychłym mego gościa. Chciałbym już tu widzieć Orgaza mojego. Sądzę, że zdołamy myśl jego zbudować, jak tego wymaga konieczność religii i ciągłość dziejów. A wówczas zyskamy, czego jeszcze trzeba: na twarz Havemeyera Orgaza najświętszy wypełza wyraz...

— Oby nieszkodliwa była operacja ta upiększająca!

— Wiele od pacjenta samego zależy. Na jego spotkanie już dawno wysłałem mego sekretarza, A-to-tso, chińczyka. W Londynie czeka.