Darcina podleciała ku Naginie na śmietnik i zaczęła piszczeć żałośnie:

— Ach.... ach... moje skrzydło! Chłopiec wybiegł z bungalowu, cisnął kamieniem i przetrącił mi skrzydło!

Trzepotała się tuż nad ziemią, a Nagina podniosła łeb i syknęła:

— Ha... to ty ostrzegłaś tego draba, gdym go chciała napaść z tyłu. Dam ja ci! Zaprawdę złe sobie obrałaś miejsce na swe żale nad złamanym skrzydłem!

I ruszyła po piasku w ślad za polatującą nisko Darciną.

— Litości! Litości! To chłopiec tak mnie okrutnie skaleczył! — piszczała ptaszyna.

— Na pociechę przed śmiercią powiem ci, że i z chłopcem zrobię porządek. Nim noc zapadnie, będzie on leżał tak samo cicho na pościeli, jak mój biedny Nag tutaj leży. Nie masz co uciekać, dogonię cię i tak! Obróćże się i spójrz na mnie, głuptaku!

Darcina wiedziała, że ptak, spojrzawszy w oczy węża, drętwieje i ruszać się nie może. Podlatywała tedy dalej tuż nad głową Naginy i kwiliła coraz to żałośniej, a rozzłoszczona wdowa sunęła za nią.

Gdy Riki spostrzegł, że obie oddaliły się ścieżką, wiodącą w stronę domu, pobiegł co prędzej na koniec ogrodu, gdzie był mur i znalazł w ciepłej ziemi, sprytnie ukryte pod melonowymi liśćmi jaja nieco większe od kurzych, posiadające, miast skorupki, miękką skórę jasnej barwy. Było ich dwadzieścia pięć.

— Ostatni czas! — pomyślał Riki, widząc przez skórę, że małe zwinięte w kłębek kobry były niemal całkiem dojrzałe. Nie tajne mu było, że okularnik natychmiast po wylęgnięciu, zdolny jest zabić ukąszeniem zarówno ichneumona, jak i człowieka. Co prędzej tedy poodgryzał końce jaj, rozgniatając przy tym pazurami węże i pilnie bacząc, by żadnego jaja nie pozostawić w całości. Pracował niezmordowanie i zostały mu zaledwo trzy jaja, gdy nagle nadleciała z przeraźliwym wrzaskiem Darcina: