— Hm... — mruknął słoń, przestępując z nogi na nogę niby chłopiec nie umiejący lekcji. — Pytacie, czemu się boję? Powiedziałbym wam, ale nie wiem, czy pojmiecie to?

— Może być! Wiemy natomiast, że należy działa ciągnąć aż do końca i basta!

— I ja to wiem dobrze! Muszę wam nawet przyznać, że macie więcej odwagi, niż same sądzicie. Ze mną natomiast rzecz ma się inaczej. Kapitan mojej baterii nadał mi niedawno miano: anachronismus pahydermatus.

— To widać nowy sposób wojowania! — odezwał się Billy.

— Nie wiecie, co to takiego, ale ja wiem. To znaczy: ni pies ni wydra, coś na kształt świdra! Mam ordynarną skórę, ale subtelny rozum. W tym cała bieda. Ja widzę dokładnie wewnątrz swojej głowy, co nastąpić może po wybuchu pocisku. Wy, woły, nie macie zaś o tym wyobrażenia.

— Znam się trochę na tym! — oświadczył koń — ale staram się nie myśleć!

— Ja znam się na tym bardzo dobrze, a żadna siła nie może sprawić, bym nie myślał. Nie zapominam też, że wielkie ciało moje stanowi dobry cel i że go ochraniać muszę, a przy tym nie ma takiego weterynarza, który by wiedział, jak mnie ratować, gdy zachoruję. Co najwyżej wstrzymają pensję memu kornakowi, póki nie wyzdrowieję, ale to mała pociecha. Poza tym nie mam żadnego zaufania do mego kornaka.

— Tu właśnie cały błąd! — zawołał koń — Ja ufam ślepo memu Dickowi.

— Choćby cały pułk Dicków usadowił się na moim grzbiecie, nic mi to nie pomoże. Myślenie moje daje mi tylko świadomość niebezpieczeństwa, że mnie ono napawa niepokojem, natomiast nie sięga tak daleko, abym, mimo tego niebezpieczeństwa, miał obraz jasny czegoś, co by mi pozwoliło iść mężnie w ogień.

— Nie rozumiemy nic a nic! — rzekły woły.