Zakołysał się falisto, zatoczył kilka kręgów i począł chwiać w prawo i lewo potworną głową, przypominającą w tej chwili olbrzymie wahadło. Skręcał długie ciało swoje w pierścienie, ósemki, tworzył zeń zaokrąglone po narożach trójkąty, rozlewne kwadraty, to znów pięcioboki, przechodzące w faliste pagórki. Wił się ciągle miarowo, bez pośpiechu, a ruchom tym towarzyszył monotonny szmer brzękliwej pieśni. Noc schodziła coraz to głębsza, sploty węża tonęły w ciemności, wreszcie znikło wszystko i słychać było tylko szczękanie łusek, trących się o siebie w tańcu.
Balu i Bagera stali nieruchomo jak skamieniali, z najeżonymi grzbietami, tłumiąc wyrywające się z paszczy głuche ryki. Mauli patrzył na to wszystko obojętnie, dziwiąc się tylko niezwyczajnemu zdarzeniu.
— Bandar-logi! — zawołał Kaa. — Czy możecie poruszyć ręką lub nogą bez woli mojej? Mówcie!
— Bez twej woli, o wielki Kaa, władco nasz, nie możemy ruszyć ręką ni nogą! — odrzekły chórem.
— Dobrze! Zbliżcie się teraz trochę do mnie! — rozkazał.
Bez najlżejszego oporu szeregi małp ruszyły naprzód, a wraz z nimi Bagera i Balu postąpiły kilka kroków ku wężowi.
— Bliżej! — syknął Kaa.
Wszystko zbliżyło się znowu do pytona.
Mauli chwycił za karki Balu i Bagerę i odciągnął je w tył, a potężne zwierzęta zadrżały, jakby nagle obudzone z jakiegoś sennego odrętwienia.
— Trzymaj dalej rękę na moim karku! — powiedziała z cicha Bagera — Inaczej będę zmuszona zawrócić i pójść w kierunku Kaa! Ach!