Czwórka wilcząt poglądała to wzajem na siebie, to na Mowgliego, zmieszana i potulna jednocześnie.
— A więc dżungla mnie nie odpędza od siebie? — wyjąkał Mowgli.
Szary Brat i trzej jego bracia warknęli ze wściekłością i już zaczęli:
— Póki żyjemy, nikt nie odważy się...
Ale Baloo im przerwał, mówiąc:
— Ja uczyłem cię Prawa, więc mnie teraz głos się należy... bo choć nie widzę nawet tych skał przed sobą, to jednak wzrok mój daleko sięga. Żabuchno moja, idź teraz własnym tropem... załóż sobie legowisko wśród własnych krewniaków, własnego plemienia i drużyny... A jeżeli będzie ci potrzeba bądź naszych nóg, bądź zębców, bądź oczu, bądź szybkiego przeniesienia wieści nocą... pamiętaj, Władco Dżungli, że dżungla służy ci na każde zawołanie!
— To samo tyczy i Średniej Dżungli — dodał Kaa. — A przemawiam w imieniu dość znacznego plemienia...
— Hej-mej, bracia moi! — zawołał Mowgli, wznosząc wśród głośnego szlochania ręce w górę. — Nie chcę odchodzić, ale coś mnie ciągnie za obie nogi... Jakże rozstanę się z wami w noce tak szczęsne?
— O, nie, Braciszku! Głowa do góry! — jął powtarzać niedźwiedź Baloo. — Nie przynoszą wstydu takie łowy. Wyjadłszy wszystek miód, pozostawiamy przecie barć pustą.
— Zrzuciwszy skórę, nie możemy w nią wleźć z powrotem. Tak głosi Prawo.