To mówiąc, rzucił nieco lękliwe spojrzenie na panią Cheyne.
— O tak — odparł Cheyne. — Nie zawahałbym się powiedzieć, że to właśnie przyniosło największy pożytek niż cokolwiek innego na tym świecie.
— Myślałem sobie, że tak potrzeba; inaczej bym tego nie zrobił. Nie chciałbym, żeby państwo myśleli, że my tu na tym statku męczymy takich, jak on, chłopaków.
— Nie myślę tego o panu, panie Troop.
Przez ten czas pani Cheyne przyglądała się obliczom okrętników: a więc twarzy Diska żółtej jak kość słoniowa — bezwłosej, żelaznej, szerokiej gębie stryja Saltersa — okolonej wieśniaczą czupryną, zakłopotanej, prostodusznej Penna — spokojnemu uśmiechowi Manuela — wyszczerzonym od zachwytu zębom Długiego Dżeka i bliznom Toma Platta. Ludzie ci, jeżeli ich mierzyć skalą pojęć o świecie, byli niewątpliwie rubasznymi prostakami — jednakże ona miała w oczach wyraz macierzyński i oto podniosła się z wyciągniętymi rękoma.
— Powiedz mi, powiedz, dziecko, kim jest każdy z nich... — mówiła, ledwie nie szlochając. — Chcę wam podziękować i pobłogosławić... wam wszystkim...
— Dalibóg, to jest dla mnie stokrotnym wynagrodzeniem — ozwał się Długi Dżek.
Disko przedstawił ich wszystkich, jak należy, po dżentelmeńsku, nawet kapitan staroświeckej dżonki chińskiej nie sprawiłby się lepiej. Pani Cheyne bełkotała coś niewyraźnie. Omal nie rzuciła się w ramiona Manuela, gdy zrozumiała, że to on odnalazł Harvey’a.
— Ale... jakżeż miałem go zostawić dryfującego po wodzie? — odezwał się biedny Manuel. — A cóż by pani sama zrobiła, będąc na moim miejscu? Co-o? Zyskaliśmy sobie dobrego chłopaka, a zawsze będę rad, że pani odnalazła syna.
— On mi też opowiadał, że Dan był jego wspólnikiem! — zawołała pani Cheyne.