Dan, już i tak czerwony jak piwonia, oblał się ciemnym pąsem, gdy pani Cheyne wobec całego zgromadzenia ucałowała go w oba policzki. Następnie poprowadzono ją na przód okrętu, ażeby jej pokazać czeladnię; szczęśliwa matka rozpłakała się znowu i uparła się zejść na dół, by zobaczyć autentyczne legowisko Harvey’a. Zastała tam czarnego kucharza, czyszczącego piec; zobaczywszy ją, kiwnął głową, jak gdyby czekał na nią od lat wielu. Okrętnicy — po dwóch naraz — dołożyli wszelkich starań, a ona siedziała przy poręczy, położywszy urękawiczone dłonie na zatłuszczonym stole, i śmiejąc się drżącymi wargami lub płacząc roztańczonymi oczyma.
— A któż teraz będzie używał We’re Here po tym wszystkim? — zwierzał się Długi Dżek Tomowi. — Mnie się tak widzi, że ona chętnie cały okręt zamieniła w jakiś kościół.
— Kościół...! — zadrwił Tom Platt. — Ach, gdyby to był przynajmniej statek Komisji Rybołówczej, a nie taki stary drewniany gruchot! Gdybyśmy mieli choć jaki taki porządek i przyzwoite odzienie, i chłopaków, co by tej pani usłużyli. Ona będzie musiała włazić jak kura po tamtej drabinie, a my... my powinniśmy obsadzić ludźmi reje!
— A więc Harvey nie był wariatem — ozwał się Penn do Cheyne’a.
— Nie... nie, dzięki Bogu — odparł milioner, schylając głowę z rozrzewnieniem.
— To pewno rzecz okropna być wariatem. Nie znam rzeczy straszniejszej... chyba stratę rodzonego dziecka. Ale pan już odzyskał swoje dziecko. Dziękujmy za to Bogu.
— Hola! — ozwał się Harvey z nabrzeża, spoglądając na nich przyjaznym wzrokiem.
— Pomyliłem się, Harvey, pomyliłem! — pośpiesznie rzekł Disko wznosząc dłoń w górę. — Pomyliłem się w swych sądach. Nie potrzebujecie mi już tego wytykać.
— Ale, ale, bardzo mi na tym zależy! — bąknął Dan pod nosem.
— Czy chcesz od nas już zaraz odejść?