— Ale przy pańskich zajęciach!... To wymaga...
— Naprawdę, nie jest to żadną fatygą! Ot... Widzi ksiądz, mnie, jako etnologa, rzecz ta bardzo zaciekawia. Chciałbym o tym wspomnieć w pewnym memoriale, który właśnie sporządzam dla rządu. Takie przeobrażenie herbu pułkowego, niby waszego Ryżego Byka, w jakiś rodzaj fetysza, za którym chodzi ten chłopiec, to rzecz niebywale ciekawa.
— Doprawdy, nie potrafię panu należycie się odwdzięczyć.
— Jedną rzecz ksiądz potrafi. Wszyscy my, etnologowie, jesteśmy wzajemnie zazdrośni jak kawki co do swych odkryć. Pewnie, że nie obchodzi to nikogo prócz nas samych, ale ksiądz wie, do jakiej manii dochodzą zbieracze. Otóż, niech ksiądz nie wspomina słówkiem ani pośrednio, ani bezpośrednio o azjatyckich przywarach charakteru tego chłopca... o jego przygodach, przepowiedniach i tak dalej. Ja sam później wygrzebię je z tego chłopca i... ksiądz rozumie?
— Rozumiem. Pan chce z tego zrobić cudowną opowieść. Nie pisnę nikomu ni słówka, zanim nie obaczę wszystkiego w druku.
— Dziękuję. Trafia to wprost do serca etnologa. No, ale muszę wracać na śniadanie. Nieba miłosierne! Stary Mahbub jeszcze tutaj? — zawołał, gdy koniarz wyszedł spod cienia drzewa. — No i jakże?
— Co się tyczy tego młodego konia... — zaczął Mahbub — powiem panu, że jeżeli źrebak się urodził na kucyka do gry w polo... jeżeli bez trenowania idzie za piłką... gdy taki źrebak siłą przeczucia rozumie się na grze... tedy powiadam ci, sahibie, jest rzeczą zgoła niewłaściwą marnować takie źrebię w ciężkim zaprzęgu.
— Ja też tak mówię, Mahbubie. Źrebak będzie używany tylko do gry w polo. (Te draby o niczym nie myślą, księże, jak tylko o koniach). Zobaczę się z tobą jutro, Mahbubie, jeśli masz coś odpowiedniego na sprzedaż.
Koniarz odsalutował dłonią odsuniętą na zewnątrz, obyczajem ludzi swego zawodu.
— Bądź trochę cierpliwy, Przyjacielu całego świata — szepnął do struchlałego Kima. — Los twój się już rozstrzygnął pomyślnie. Wkrótce pojedziesz do Nucklao, a... naści tu trochę pieniędzy na opłacenie skrybenta. Sądzę, że się jeszcze zobaczymy wiele razy... — i odjechał kłusa gościńcem.