— Opowiedz mu, gdzie ona, a dam ci pół anny.

Trzcinowe pióro skrzypiało zawzięcie.

— No, już się nie pomyli! — rzeki pisarz, podnosząc głowę. — Któż to się nam przygląda z tamtej strony ulicy?

Kim spojrzał czym prędzej w górę i zobaczył pułkownika Creightona we flanelowym stroju tenisowym.

— Ach, to pewien sahib, co zna grubego księdza w koszarach. Właśnie kiwa na mnie ręką.

— Cóż tu robisz? — zapytał pułkownik, gdy Kim przydreptał ku niemu.

— Ja... ja nie uciekam. Posyłam list do mojego świątka w Benares.

— Nie przyszło mi to na myśl. Czy doniosłeś mu, że zabieram cię do Lucknow?

— Nie, nie napisałem mu. Proszę przeczytać list, jeżeli pan wątpi.

— Więc czemu opuściłeś moje nazwisko, pisząc do tego męża świętego? — uśmiechnął się jakoś dziwnie pułkownik. Kim zebrał całą odwagę.